17.05.2024, 10:22 ✶
Mówili, że lepsza jest siła argumentu niż argument siły, Samuel jednak od lat rozwiązywał swoje problemy za pomocą transmutowania w zwierzę. Małe lub duże, każda forma, skóra, futro, pióra, przeciwstawne kciuki, potężne barki o sile dziesięciu mężczyzn, czy skrzydła, bieg, cwał czy lot... Wszystko to zamknięte w jednym ciele, wszystko to dostępne, płynnie przechodzące jedno w drugie. Wszystko czym był, zamykało się w tym cyklu, tak przynajmniej sądził, żył tą ułudą, odrzucając wartość nauki i tego co przyswoił przez te lata samotności w głuszy. Im więcej jednak ludzi znajdowało się w jego otoczeniu, tym silniej rozumiał, że ich potrzebuje i że chce im pomagać.
Nie angażuj się
Tak szeptała mu matka, świadoma upływającego czasu, świadoma tego, że z klątwą Maledictusa nie będzie mogła czuwać do śmierci nad losem swojego jedynego dziecka. Chciała go chronić, ale nie mogła ochronić go przed nim samym, przed kimś kto w sercu nosi wielkie pragnienie bycia przydatnym, bycia chcianym, bycia kochanym.
Gałąź musiała się ugiąć, a ciężki konar zmierzył się z niedźwiedzim grzbietem. Liście i kręte łykowate sploty zamortyzowały ten upadek, okoliczne jodły i buki w swojej łaskawości przyjęły na siebie część impaktu. Wielkie futrzaste ramiona obejmowały łagodnie uwolnionego z wisielczego losu Laurenta, choć jego kostki wciąż pozostały związane. Misiek obnufczył go znów, zimnym nosem dotykając ciepłej, miękkiej skóry, pachnącej inaczej, dziwniej, ale brakło zwierzęciu rozeznania, nie miał wcześniej doświadczenia z taką istotą. Jego łeb schodził niżej, przez brzuch, pas, biodra, do kolan i w końcu kostek. Chrapy uniosły się odsłaniając zęby, ale i wielki kieł zahaczony o linę nie przyniósł spodziewanego efektu. Znów sapnął gniewnie i...
... to był tylko moment. Wytracenie miękkości, na rzecz łykowatego ciała, szczupłego, choć o wyczuwalnej rzeźbie mięśni, które nie były trenowane na pokaz, a stanowiły efekt zwykłej codzienności kogoś, kto nie bał się fizycznej pracy. Jasna czupryna sponiewierana trochę brakiem ogłady, lekko zarośnięta, pociągła twarz, przywodząca na myśl arystokratyczny ród, aniżeli kogoś, kto był obdartusem znikąd. Mimo, że nie miał już futra, wciąż pachniał lasem, mchem, wilgocią. Zwinne palce zabrały się za supeł, niepomne tego, że Lauren wciąż niejako leżał w jego uścisku, z głowa na mniejszej już, ludzkiej piersi, oparty wciąż o luźno położone na ziemi uda.
– Zaraz... zaraz to ogarnę, już poluzowałem pętlę. Bardzo nieprofesjonalna pułapka muszę przyznać, dobrze... dobrze, że byłem w okolicy. – jego głos był lekko zachrypnięty, gardło wysuszone po locie, odwykłe odmówienia na wiele godzin. Mimo wszystko niósł w sobie jakieś ciepło, życzliwość i troskę, korespondującą z całą jego postawą. Może i chciał umrzeć, ale nikogo nie chciał ciągnąć tam za sobą. Dopełni sprawy i poszuka sobie jakiejś omszałej niecki. Może ten las go zechce.
Nie angażuj się
Tak szeptała mu matka, świadoma upływającego czasu, świadoma tego, że z klątwą Maledictusa nie będzie mogła czuwać do śmierci nad losem swojego jedynego dziecka. Chciała go chronić, ale nie mogła ochronić go przed nim samym, przed kimś kto w sercu nosi wielkie pragnienie bycia przydatnym, bycia chcianym, bycia kochanym.
Gałąź musiała się ugiąć, a ciężki konar zmierzył się z niedźwiedzim grzbietem. Liście i kręte łykowate sploty zamortyzowały ten upadek, okoliczne jodły i buki w swojej łaskawości przyjęły na siebie część impaktu. Wielkie futrzaste ramiona obejmowały łagodnie uwolnionego z wisielczego losu Laurenta, choć jego kostki wciąż pozostały związane. Misiek obnufczył go znów, zimnym nosem dotykając ciepłej, miękkiej skóry, pachnącej inaczej, dziwniej, ale brakło zwierzęciu rozeznania, nie miał wcześniej doświadczenia z taką istotą. Jego łeb schodził niżej, przez brzuch, pas, biodra, do kolan i w końcu kostek. Chrapy uniosły się odsłaniając zęby, ale i wielki kieł zahaczony o linę nie przyniósł spodziewanego efektu. Znów sapnął gniewnie i...
... to był tylko moment. Wytracenie miękkości, na rzecz łykowatego ciała, szczupłego, choć o wyczuwalnej rzeźbie mięśni, które nie były trenowane na pokaz, a stanowiły efekt zwykłej codzienności kogoś, kto nie bał się fizycznej pracy. Jasna czupryna sponiewierana trochę brakiem ogłady, lekko zarośnięta, pociągła twarz, przywodząca na myśl arystokratyczny ród, aniżeli kogoś, kto był obdartusem znikąd. Mimo, że nie miał już futra, wciąż pachniał lasem, mchem, wilgocią. Zwinne palce zabrały się za supeł, niepomne tego, że Lauren wciąż niejako leżał w jego uścisku, z głowa na mniejszej już, ludzkiej piersi, oparty wciąż o luźno położone na ziemi uda.
– Zaraz... zaraz to ogarnę, już poluzowałem pętlę. Bardzo nieprofesjonalna pułapka muszę przyznać, dobrze... dobrze, że byłem w okolicy. – jego głos był lekko zachrypnięty, gardło wysuszone po locie, odwykłe odmówienia na wiele godzin. Mimo wszystko niósł w sobie jakieś ciepło, życzliwość i troskę, korespondującą z całą jego postawą. Może i chciał umrzeć, ale nikogo nie chciał ciągnąć tam za sobą. Dopełni sprawy i poszuka sobie jakiejś omszałej niecki. Może ten las go zechce.