17.05.2024, 18:21 ✶
Oh, on tak dobrze wiedział, że nie zasługuje na tę troskę. Nie zasługiwał na troskę, na ciepło, na pełne miłości spojrzenia... Tylko co mu ze świadomości na temat tego, jaki był stan rzeczy? W miłości jaką czuł nie chodziło o to, czy na nią zasługiwał czy nie, tylko na to jak bardzo jej pragnął. Zawstydzony, pełen wątpliwości co do tego jak to wszystko potoczy się dalej, bawił się guzikami koszuli Alexandra i milczał znów, zbierając słowa.
- Dobre pytanie - zaśmiał się nerwowo, rozpinając i zapinając ten sam z guzików któryś raz pod rząd. Nie śmiał się od niego odkleić. Był tak blisko, jak tylko pozwalała mu na to rzeczywistość, ale nie potrafił patrzeć mu w oczy. - Nie pamiętam wszystkiego tak dokładnie jak chcesz, bo ciągle chodziłem naćpany, a potem stamtąd spierdoliłem. Ona toczyła z nim wtedy otwartą wojnę, a on coraz mocniej przegrywał i jego pachoły uciekały jak szczury z płonącego statku, żeby nie zginąć albo nie dać się aresztować Aurorom. Wydawało mi się, że widziałem jego mordę wśród ofiar zawalonego korytarza, ale jak widać chuja widziałem, a nie Dantego. Może po prostu chciałem go tam zobaczyć, bo się uwziął na moją koleżankę. - To była prawda - mordując go wtedy, byłby tak samo szczęśliwy, jak byłby mordując go dzisiaj. Nie zaliczał go do grona osób zasługujących na życie - w ogóle nie zależało mu na chronieniu ludzi takich jak Dante, a on dodatkowo uwziął się na tyle osób, które mogłyby po tym odetchnąć z ulgą. Kilka ciosów nożem dla pewności - za Laurenta, za Alexandra, za Vioricę, za... Fontaine, która... - Za to zwycięstwo zapłaciła resztkami poczytalności. - A może raczej resztkami dobra. Bo Flynn potrafił robić okropne rzeczy, ale w imieniu tych słabszych, uciśnionych zastraszonych, kochających, mających w sobie to dobro właśnie. Alexander mógł przewodzić szajką złodziei, a Bletchley stracić nadzieję na lepsze jutro, ale wciąż byli w jego opinii dobrymi ludźmi. Dobrymi ludźmi chcącymi dobrze dla siebie, dla świata i dla niego. Ciemna magia i zabawy w Boga odrzucały go bardziej niż jego własna zgnilizna, której się tak piekielnie wstydził. Zbyt długo wierzył jej, że wszystko będzie dobrze, żeby nabrać się na to drugi raz.
- To są inne osoby - odpowiedział, tym razem bez zawahania w głosie i gestach. Uniósł spojrzenie, teraz zamiast w zmasakrowany guzik wpatrywał się w niego. - Czemu w ogóle tak pomyślałeś? - Musiałby naprawdę dobrze kłamać, gdyby tak niby zszokowało go przybycie Laurenta do cyrku, a częstował się wcześniej wysyłanymi pocztą, miłosnymi tekścikami... I oh, Alexander naprawdę nie widział go nigdy wcześniej - Prewett ani trochę nie wyglądał na kogoś, kto zechciałby związać go wstążką.
- Dobre pytanie - zaśmiał się nerwowo, rozpinając i zapinając ten sam z guzików któryś raz pod rząd. Nie śmiał się od niego odkleić. Był tak blisko, jak tylko pozwalała mu na to rzeczywistość, ale nie potrafił patrzeć mu w oczy. - Nie pamiętam wszystkiego tak dokładnie jak chcesz, bo ciągle chodziłem naćpany, a potem stamtąd spierdoliłem. Ona toczyła z nim wtedy otwartą wojnę, a on coraz mocniej przegrywał i jego pachoły uciekały jak szczury z płonącego statku, żeby nie zginąć albo nie dać się aresztować Aurorom. Wydawało mi się, że widziałem jego mordę wśród ofiar zawalonego korytarza, ale jak widać chuja widziałem, a nie Dantego. Może po prostu chciałem go tam zobaczyć, bo się uwziął na moją koleżankę. - To była prawda - mordując go wtedy, byłby tak samo szczęśliwy, jak byłby mordując go dzisiaj. Nie zaliczał go do grona osób zasługujących na życie - w ogóle nie zależało mu na chronieniu ludzi takich jak Dante, a on dodatkowo uwziął się na tyle osób, które mogłyby po tym odetchnąć z ulgą. Kilka ciosów nożem dla pewności - za Laurenta, za Alexandra, za Vioricę, za... Fontaine, która... - Za to zwycięstwo zapłaciła resztkami poczytalności. - A może raczej resztkami dobra. Bo Flynn potrafił robić okropne rzeczy, ale w imieniu tych słabszych, uciśnionych zastraszonych, kochających, mających w sobie to dobro właśnie. Alexander mógł przewodzić szajką złodziei, a Bletchley stracić nadzieję na lepsze jutro, ale wciąż byli w jego opinii dobrymi ludźmi. Dobrymi ludźmi chcącymi dobrze dla siebie, dla świata i dla niego. Ciemna magia i zabawy w Boga odrzucały go bardziej niż jego własna zgnilizna, której się tak piekielnie wstydził. Zbyt długo wierzył jej, że wszystko będzie dobrze, żeby nabrać się na to drugi raz.
- To są inne osoby - odpowiedział, tym razem bez zawahania w głosie i gestach. Uniósł spojrzenie, teraz zamiast w zmasakrowany guzik wpatrywał się w niego. - Czemu w ogóle tak pomyślałeś? - Musiałby naprawdę dobrze kłamać, gdyby tak niby zszokowało go przybycie Laurenta do cyrku, a częstował się wcześniej wysyłanymi pocztą, miłosnymi tekścikami... I oh, Alexander naprawdę nie widział go nigdy wcześniej - Prewett ani trochę nie wyglądał na kogoś, kto zechciałby związać go wstążką.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.