Isaac Bagshot był niezwykle urodziwym mężczyzną. Nie chodziło tylko o to, jak szlachetne miał rysy twarzy - mógł uchodzić z powodzeniem za syna rodziny Black, tylko brakowało mu tych zimnych oczu, tylko brakowało czarnej krwi... a może nie? Może posiadał ją w żyłach, tylko krył przed światem pod nazwiskiem Bagshot? Ludzkie historie potrafiły szokować i zadziwiać. Pozornie najbardziej uśmiechnięta twarz potrafiła kryć za sobą całe morza wylanych łez. Wypłakanych na skalnych klifach, oddanych w nicość, za nic, za wszystko, za błędy przeszłości i za to, że jeszcze niejeden zostanie popełniony. Nie życzył Isaacowi temu, żeby płakał. Nie chciał, żeby jego oczy zapełniały się łzami i by te gorzkie żale wylewał do kieliszka whiskey czy innego trunku... co on wtedy właściwie pił w tym barze? Nie mógł sobie przypomnieć - teraz, kiedy niósł tę lemoniadę, automatycznie jego głowa powędrowała do tamtej knajpy, do której Laurent nie pasował wcale. Ale to nic. W jego mniemaniu pasował wszędzie tam, gdzie się znalazł, musiał się tylko gdzieniegdzie odpowiednio postarać, żeby nie dać po sobie poznać, że rzeczywistość przedstawia się inaczej. Isaacowi nie brakowało charyzmy - mógł należeć do tych osób, które za tymi ciepłymi spojrzeniami i uśmiechami kryją wiele. I tak było. On krył - ukrywał wiele historii, które poruszyły jego serce i przez które wybrał niesienie dobra ponad innymi atrybutami, jakie mógł sobą reprezentować i po jakie mógł sięgać. Zabawa w narkotyki i hulanki po nocach - czy to nie o nich opowiadał? Wyjechał, bawił się, korzystał z życia. Potem wiedział, kiedy bawić się należało przestać i wyrazić szacunek wobec ludzi wokół i pieniądza.
- Twój optymizm jest jak gwiazda Syriusza na niebie dla żeglarza. - nie, Laurent nie był żeglarzem, nie był też astrologiem, ale lubił czytać. Epika, liryka i dramat. Poezja była czymś, co rozjaśniało jego duszę, a opowieści o rycerzach i damach czekających na nich w swojej wieży rumieniła mu policzki. Wszystko to było obdarte z codzienności okrucieństwa i pozwoliło uwierzyć w utopijny świat, o którym chciał śnić. Raz wyśnił go aż zbyt intensywnie. Tak i teraz wolał podryfować myślami w tym kierunku i zostawić chwilowo ten padok za sobą. Nawet jeśli obejrzał się za swoje plecy raz jeszcze, gdy się oddalali, a on już dopełnił formalności, żeby móc zostawić wszystko w rękach jego zastępcy - Alexandra. - Nic mi nie jest. Dziękuję za troskę. - Upierał się, że kiedy potrzebował pomocy to się o nią ubiegał. Radzenie sobie z emocjonalnym problemem tego typu, jego zdaniem, pomocy nie wymagało. Nie dla niego samego. Wolał, żeby nikt nie oglądał jego kolejnego załamania i żeby wszyscy sądzili, że jest naprawdę w porządku u niego. Wolał nikogo nie martwić. - Zawsze przyjemniej jest spędzić czas w towarzystwie. - Niż gapiąc się w cztery ściany, albo znów biegnąc do morza, żeby cię pochłonęło, pojmało, utopiło. Lecz nie mogłeś się utopić. Zawsze było na to za mało wody.
- Posprzątałeś... - Oznajmienie, jakie usłyszał, było tak niespodziewane, że automatycznie chciał zapytać: "co?". "Posprzątałeś co?". Pytanie nie zostało dokończone, bo przyszła do jego ciężkiej głowy realizacja. Róże. Ogród. Uśmiechnął się. - Tak? Skąd ta myśl, żeby to zrobić? - Albo robił to zawsze i nie było w tym żadnej zmiany? Może przyłapał jego sceptyczne spojrzenie, kiedy blondyn obserwował ten skandaliczny ruch wyrzucenia niedopałka do tych dumnych kwiatów. - Nigdy nie odmawiam wycieczki nad morze, drogi Isaacu. - Uśmiechnął się łagodniej. To był bardzo dobry kierunek wędrówki.