18.05.2024, 01:20 ✶
— Wydaje mi się, że teraz większość jego zwolenników to oportuniści — skomentował z wyraźną nutą sarkazmu w głosie. — Ewentualnie fanatycy i zagorzali konserwatyści, którym marzy się powrót do średniowiecza i pieszczenia batem karków wszystkich, których uważa się w jakiś sposób za gorszych.
Może brakowało mu jakichś elementów tej całej układanki, ale w głowie mu się nie mieściło, aby zdroworozsądkowi czarodzieje i czarownice faktycznie byli w stanie zawierzyć swoje życie oraz dziedzictwo swoich rodzin w ideach i planach propagowanych przez Voldemorta. Samo Beltane pokazało, że na dobrą sprawę nikt nie był bezpieczny. Mugolacy, czarodzieje półkrwi, czystokrwista elita - obecnie dla Śmierciożerców każdy, kto nie był z nimi, był ich wrogiem. Tudzież osobą gorszego sortu, którą można było okazać łaskę i zignorować lub pokusić się o skrzywdzenie jej.
— W naszym przypadku też byli dosyć... zacietrzewieni — odparł na słowa Heather, gdy ta wspomniała o Beltane. — Pamiętasz, jak jeden z nich wyczarował tego Maledisa? Nie tego się spodziewałem po Śmierciożercach. To znaczy - z definicji można było się spodziewać po nich czarnej magii, ale nie sądziłem, że pierwszy, jaki się napatoczy, od razu sięgnie po broń tego typu.
Pokiwał powoli głową. Problemem z pozyskaniem informacji bezpośrednio od podejrzanych pracowników Ministerstwa Magii było to, że trzeba było faktycznie wejść z nimi w głębszą rozmowę. Przypomniały mu się wątpliwości, jakie miał przed paroma miesiącami, kiedy sądził, że być może kiedyś będzie musiał wybadać po czyjej stronie stoi Elliott. Osobiste względy nagle ścierały się z zobowiązaniami wobec Brygady i Zakonu Feniksa. A w gruncie rzeczy nawet nie mieli stuprocentowej pewności, że druga strona faktycznie jest winna. Wróżenie z kart. I to takich do pokera, a nie tarota.
— To nasz... — zerknął na Brennę. Cisnęło mu się na usta słowo ogrodnik, jednak tak pretensjonalnie, że nabrał wody w usta. — Kolega. Pomaga od jakiegoś czasu przy naprawach w Warowni.
Złota rączka, pomyślał tępo Longbottom, nieco poirytowany, że dopiero po fakcie wpadło mu do głowy odpowiednie określenie. Nie było mu łatwo jednoznacznie zaklasyfikować Sama do jednej kategorii i z góry skazać go na jedną szufladkę. Chociaż złapali całkiem dobry kontakt w ciągu ostatnich tygodni, tak mężczyzna z Kniei dalej jawił mu się jako dzika karta, element lokalnego środowiska, który mógł zrobić wszystko i w najmniej spodziewanej chwili. Mógł zniknąć. Mógł jeszcze bardziej otworzyć się na społeczność Doliny. Mógł zrobić milion innych rzeczy.
— Nie mamy zbyt dużego pola do popisu — przyznał bez ogródek Erik, stukając palcem o kuchenny stół. — Zaczęliśmy się organizować w dosyć kameralnym gronie. Zaufanym gronie. Siłą rzeczy wciągnęliśmy osoby ze środowisk, które były nam bliskie jeszcze przed atakami Śmierciożerców. — Jakby tak się nad tym zastanowić to w ten sposób wręcz ułatwiali robotę przeciwnej stronie. Gdyby nagle ktoś z czołowych członków organizacji wylądował pod inwigilacją czarnoksiężników Czarnego Pana, dosyć szybko pozyskaliby długą listę nazwisk do dalszych obserwacji. — Przydałoby się rozszerzyć zasięgi. Może nawet o osoby, których nie znamy bezpośrednio.
Oczywiście ryzyko w tym przypadku było całkiem spore, jednak można było je nieco ograniczyć. Nie musieli od razu szukać chętnych na ulicy, jednak... na pewno w kontaktach osób z organizacji widniało paru starych znajomych, którym nie w smak były potencjalne rządy Voldemorta. W niektórych przypadkach na pewno udałoby im się wybadać grunt pod to, czy dłuższa współpraca jest sensownym pomysłem. Westchnął cicho. Naturalnie, nie rozwiązywało to w żaden sposób ich obecnych problemów: trudno było mu sobie wyobrazić, aby Brenna dopuściła do sprawy Greybacka pierwszą osobę, która się nawinie. Za długo pracowała w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, aby zdecydować się na taki wybieg.
Może brakowało mu jakichś elementów tej całej układanki, ale w głowie mu się nie mieściło, aby zdroworozsądkowi czarodzieje i czarownice faktycznie byli w stanie zawierzyć swoje życie oraz dziedzictwo swoich rodzin w ideach i planach propagowanych przez Voldemorta. Samo Beltane pokazało, że na dobrą sprawę nikt nie był bezpieczny. Mugolacy, czarodzieje półkrwi, czystokrwista elita - obecnie dla Śmierciożerców każdy, kto nie był z nimi, był ich wrogiem. Tudzież osobą gorszego sortu, którą można było okazać łaskę i zignorować lub pokusić się o skrzywdzenie jej.
— W naszym przypadku też byli dosyć... zacietrzewieni — odparł na słowa Heather, gdy ta wspomniała o Beltane. — Pamiętasz, jak jeden z nich wyczarował tego Maledisa? Nie tego się spodziewałem po Śmierciożercach. To znaczy - z definicji można było się spodziewać po nich czarnej magii, ale nie sądziłem, że pierwszy, jaki się napatoczy, od razu sięgnie po broń tego typu.
Pokiwał powoli głową. Problemem z pozyskaniem informacji bezpośrednio od podejrzanych pracowników Ministerstwa Magii było to, że trzeba było faktycznie wejść z nimi w głębszą rozmowę. Przypomniały mu się wątpliwości, jakie miał przed paroma miesiącami, kiedy sądził, że być może kiedyś będzie musiał wybadać po czyjej stronie stoi Elliott. Osobiste względy nagle ścierały się z zobowiązaniami wobec Brygady i Zakonu Feniksa. A w gruncie rzeczy nawet nie mieli stuprocentowej pewności, że druga strona faktycznie jest winna. Wróżenie z kart. I to takich do pokera, a nie tarota.
— To nasz... — zerknął na Brennę. Cisnęło mu się na usta słowo ogrodnik, jednak tak pretensjonalnie, że nabrał wody w usta. — Kolega. Pomaga od jakiegoś czasu przy naprawach w Warowni.
Złota rączka, pomyślał tępo Longbottom, nieco poirytowany, że dopiero po fakcie wpadło mu do głowy odpowiednie określenie. Nie było mu łatwo jednoznacznie zaklasyfikować Sama do jednej kategorii i z góry skazać go na jedną szufladkę. Chociaż złapali całkiem dobry kontakt w ciągu ostatnich tygodni, tak mężczyzna z Kniei dalej jawił mu się jako dzika karta, element lokalnego środowiska, który mógł zrobić wszystko i w najmniej spodziewanej chwili. Mógł zniknąć. Mógł jeszcze bardziej otworzyć się na społeczność Doliny. Mógł zrobić milion innych rzeczy.
— Nie mamy zbyt dużego pola do popisu — przyznał bez ogródek Erik, stukając palcem o kuchenny stół. — Zaczęliśmy się organizować w dosyć kameralnym gronie. Zaufanym gronie. Siłą rzeczy wciągnęliśmy osoby ze środowisk, które były nam bliskie jeszcze przed atakami Śmierciożerców. — Jakby tak się nad tym zastanowić to w ten sposób wręcz ułatwiali robotę przeciwnej stronie. Gdyby nagle ktoś z czołowych członków organizacji wylądował pod inwigilacją czarnoksiężników Czarnego Pana, dosyć szybko pozyskaliby długą listę nazwisk do dalszych obserwacji. — Przydałoby się rozszerzyć zasięgi. Może nawet o osoby, których nie znamy bezpośrednio.
Oczywiście ryzyko w tym przypadku było całkiem spore, jednak można było je nieco ograniczyć. Nie musieli od razu szukać chętnych na ulicy, jednak... na pewno w kontaktach osób z organizacji widniało paru starych znajomych, którym nie w smak były potencjalne rządy Voldemorta. W niektórych przypadkach na pewno udałoby im się wybadać grunt pod to, czy dłuższa współpraca jest sensownym pomysłem. Westchnął cicho. Naturalnie, nie rozwiązywało to w żaden sposób ich obecnych problemów: trudno było mu sobie wyobrazić, aby Brenna dopuściła do sprawy Greybacka pierwszą osobę, która się nawinie. Za długo pracowała w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, aby zdecydować się na taki wybieg.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞