18.05.2024, 01:38 ✶
Szeptucha posłała Ambrosii ciężkie, czujne spojrzenie, ale bez słowa sprzeciwu wpuściła ją do środka. Dla Louvaina wstąpienie na polanę, gdzie znajdował się jej dom pozostało zamknięte. Nie był tutaj chcianym gościem. Niewielu tutaj było chcianymi gośćmi.
- Naprawdę myślisz, że znam odpowiedzi na pytania, które chcesz mi zadać? – zapytała, spoglądając na McKinnon. Nie broniła jej siadania na krześle lub ławie przy niewielkich rozmiarów drewnianym stoliku. Sama w tym czasie zbliżyła się do paleniska, na którym bulgotał miedziany kociołek. Zamieszała w nim chochlą. W pomieszczeniu unosił się słodkawo-leczniczy zapach ziół. – Nie powinno mieć miejsca… - zgodziła się cicho. - A jednak zostało przepowiedziane. Nici losu splatają się zawsze zbyt ciasno, żeby mogły być dziełem przypadku – burknęła. – Ale ja nie znam się na Limbo. Nie znam się na Zimnych. Nie wiem czy można im pomóc i… i po prawdzie, może nawet nie warto. Jeśli ktoś pcha się do świata umarłych, musi się liczyć z ceną, którą przyjdzie mu za to zapłacić. A cena jest zawsze taka sama.
Szeptucha sięgnęła po czysty miedziany kubek. Nalała do niego naparu. Postawiła przed Amrosią.
- Napij się. Dlaczego miałabyś tego nie zrobić? – zachęciła ją. Napój pachniał miętą i szałwią. – Czy coś co w samej swojej naturze jest bezustannym cyklem potrzebuje obcej energii by trwać? – zapytała. – Narodziny. Dzieciństwo. Dorastanie. Dorosłość. Dojrzałość. Starość. Śmierć. Limbo. Narodziny. Dzieciństwo. Dorastanie. Dorosłość. Starość. Śmierć... – wyliczyła monotonnym głosem. – Nie znam się, córko Felicity, ale gdyby to było takie proste, gdyby rzeczywiście to, co zrobił tam czarnoksiężnik wymagało ofiary od reszty… - pokręciła przecząco głową. – Umiesz zaglądać do Limbo. Czy gdy stamtąd wracasz czujesz, że coś stamtąd zabrałaś albo pozostawiłaś? - zapytała. - I dlaczego jeden miałby czerpać a cała reszta płacić cenę? Czy prawa władające Limbo nie powinny być takie same dla wszystkich?
- Naprawdę myślisz, że znam odpowiedzi na pytania, które chcesz mi zadać? – zapytała, spoglądając na McKinnon. Nie broniła jej siadania na krześle lub ławie przy niewielkich rozmiarów drewnianym stoliku. Sama w tym czasie zbliżyła się do paleniska, na którym bulgotał miedziany kociołek. Zamieszała w nim chochlą. W pomieszczeniu unosił się słodkawo-leczniczy zapach ziół. – Nie powinno mieć miejsca… - zgodziła się cicho. - A jednak zostało przepowiedziane. Nici losu splatają się zawsze zbyt ciasno, żeby mogły być dziełem przypadku – burknęła. – Ale ja nie znam się na Limbo. Nie znam się na Zimnych. Nie wiem czy można im pomóc i… i po prawdzie, może nawet nie warto. Jeśli ktoś pcha się do świata umarłych, musi się liczyć z ceną, którą przyjdzie mu za to zapłacić. A cena jest zawsze taka sama.
Szeptucha sięgnęła po czysty miedziany kubek. Nalała do niego naparu. Postawiła przed Amrosią.
- Napij się. Dlaczego miałabyś tego nie zrobić? – zachęciła ją. Napój pachniał miętą i szałwią. – Czy coś co w samej swojej naturze jest bezustannym cyklem potrzebuje obcej energii by trwać? – zapytała. – Narodziny. Dzieciństwo. Dorastanie. Dorosłość. Dojrzałość. Starość. Śmierć. Limbo. Narodziny. Dzieciństwo. Dorastanie. Dorosłość. Starość. Śmierć... – wyliczyła monotonnym głosem. – Nie znam się, córko Felicity, ale gdyby to było takie proste, gdyby rzeczywiście to, co zrobił tam czarnoksiężnik wymagało ofiary od reszty… - pokręciła przecząco głową. – Umiesz zaglądać do Limbo. Czy gdy stamtąd wracasz czujesz, że coś stamtąd zabrałaś albo pozostawiłaś? - zapytała. - I dlaczego jeden miałby czerpać a cała reszta płacić cenę? Czy prawa władające Limbo nie powinny być takie same dla wszystkich?