18.05.2024, 10:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 17:44 przez Brenna Longbottom.)
- W takim razie to nadal wariatka - zgodziła się Brenna, która sama będąc wariatką (chociaż w nieco innych aspektach) rzadko uważała za wariatów innych ludzi. Nie znała się specjalnie, ale miała dziwne wrażenie, że z propozycją wspólnych dzieci Francesca powinna zaczekać przynajmniej do trzeciej randki. - Nie, nie, nie. Nie mojego brata. Mój brat powie mamie, a mama nie da mi żyć. Daj mi pięć minut i skorzystam z Fiuu. A czuję się świetnie. Wprost znakomicie. Ludzie nie doceniają, jakie to wspaniałe, gdy żadne ostrze nie tkwi w twoim ciele - oświadczyła, na moment jakby trochę przytomniejąc, gdy wspomniał o wzywaniu jej rodziny. Normalnie poprosiłaby o danie znać Mavelle, ale ta chyba miała dziś jakieś spotkanie i wystarczyło, że Brenna popsuła jedną randkę tego wieczora. Nawet jeżeli przynajmniej jeden uczestnik spotkania wcale nie płakał z tego powodu.
Spieranie krwi z ubrań było dość ciężkie, a z obrusów takie plamy nie schodziły dobrze, ale postanowiła się o to nie kłócić i nie zaczynać dyskusji na temat tego, które z nich ma większe doświadczenie w kwestii pozbywania się z materiałów charakterystycznych śladów. Mogliby pewnie licytować się do rana, a Brenna nie za bardzo miała na to siłę. Wyjątkowo nie zapewniała też, że na pewno do rana wszystko będzie dobrze, a jak nie do rana, to do wieczora, i tylko lekko kiwnęła głową na to jego "zobaczymy". Ba, nawet to jego "przynajmniej nie na dwa" nie doczekało się Wielkiej Improwizacji z jej strony w ramach odpowiedzi. Trochę za bardzo zamykały się jej oczu I jakoś tak wszystko się kołysało... nie bolało już prawie, eliksiry zrobiły swoje, ale ciało wciąż pamiętało, że bolało, a ona była osłabiona i przemarznięta po tej wieczornej wędrówce, w chłodny dzień, gdy uciekała z niej krew.
- O, widzisz? Czyli to jednak żadna klątwa. Masz po prostu czasem pecha. Może ci go przynoszę, jak czarny kot albo drabina - odparła jeszcze, w tej chwili nie pamiętając, że przecież wcale nie zaczęło się od piątku trzynastego: początkiem była złowieszcza data 6.6.66.
I chyba chciała dodać coś jeszcze, ale zamiast tego, wbrew własnym zapowiedziom, że pięć minut i się zbierze, zasnęła mu na tym kuchennym, pokrytym jej krwią stole.
Spieranie krwi z ubrań było dość ciężkie, a z obrusów takie plamy nie schodziły dobrze, ale postanowiła się o to nie kłócić i nie zaczynać dyskusji na temat tego, które z nich ma większe doświadczenie w kwestii pozbywania się z materiałów charakterystycznych śladów. Mogliby pewnie licytować się do rana, a Brenna nie za bardzo miała na to siłę. Wyjątkowo nie zapewniała też, że na pewno do rana wszystko będzie dobrze, a jak nie do rana, to do wieczora, i tylko lekko kiwnęła głową na to jego "zobaczymy". Ba, nawet to jego "przynajmniej nie na dwa" nie doczekało się Wielkiej Improwizacji z jej strony w ramach odpowiedzi. Trochę za bardzo zamykały się jej oczu I jakoś tak wszystko się kołysało... nie bolało już prawie, eliksiry zrobiły swoje, ale ciało wciąż pamiętało, że bolało, a ona była osłabiona i przemarznięta po tej wieczornej wędrówce, w chłodny dzień, gdy uciekała z niej krew.
- O, widzisz? Czyli to jednak żadna klątwa. Masz po prostu czasem pecha. Może ci go przynoszę, jak czarny kot albo drabina - odparła jeszcze, w tej chwili nie pamiętając, że przecież wcale nie zaczęło się od piątku trzynastego: początkiem była złowieszcza data 6.6.66.
I chyba chciała dodać coś jeszcze, ale zamiast tego, wbrew własnym zapowiedziom, że pięć minut i się zbierze, zasnęła mu na tym kuchennym, pokrytym jej krwią stole.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.