Tuż przed Lammas było naprawdę gorąco. Ciepło było nawet tutaj, nad samym brzegiem morza, od którego dzielił ich tylko ten ogród, w którym aktualnie pięknić się zaczynały dopiero słoneczniki - ulubione kwiaty Laurenta. Podobne stały w wazonie na stole. Zabawne, bo miał z nimi ochotę zrobić dokładnie to, co Edge zrobił z bukietem, jaki planował przynieść tutaj. Powinny skończyć w koszu. Za to, jak mocno mu zabiło serce, kiedy je dostał i za to, jak bardzo bolało, że fałszywie skończyły w jego dłoniach. Były też róże - przeróżnych kolorów - wystawiające swoje łby prosto do promieni słońca, które skrzyły w morskich falach tak mocno, że nieprzyzwyczajone oczy mogły aż razić. Laurent na nie nie spoglądał - fale jego tęczówek zajęte były obserwacją, zza okularów, kolejnych treści na kartkach i karteluszkach, jakie czytał po kilka razy. Jego skupienie rozmywało się i tylko szmer ciągle mówił czas do domu. Ten dom wcale nie znajdował się za jego plecami. Cieniutki materiał z welurowymi wzorami koszuli ratowały przed tą temperaturą - biel, oczywiście, że biel, chociaż przewiewne spodnie były akurat z ciemniejszego beżu. Niektóre scenerie potrafiły się nie zmieniać, albo przywodzić na myśl wydarzenia z przeszłości, które plątały się potem pod powiekami jak te tęczowe plamy, kiedy dostatecznie mocno je zaciśniesz. Dla jednych to były mistyczne znaki, mrugnięcia przesłane z drugiej strony. Potem te same osoby próbowały ci wmówić, że ich wizje to wcale nie schizofrenia - to prawdziwy dar widzenia. Z jednej strony przydałby się chociaż jeden powiew. Jedno tchnienie odświeżenia. Czasem Matka Woda się litowała i rzeczywiście dotykała powietrznych łanów, żeby zaplątały się na ląd i przyniosły ze sobą wilgoć. Z drugiej strony gdyby wiatr wiał to nie mógłby usiąść tutaj i udawać, że cokolwiek robi. Starać się coś robić. Świergot ptaków skutecznie go rozpraszał. Właśnie dlatego zazwyczaj pracę zostawiał w czterech ścianach swojego biura. Zazwyczaj...
Poderwał głowę znad stolika i od razu sięgnął dłonią do jarczuka, żeby złapać go za skórę przy karku. Stworzenie spięło swoje mięśnie, szczeknął. Nie dało się go pomylić. Z niczym i nikim. Jeśli przed chwilą było naprawdę ciepło, to teraz policzki Laurenta aż nabrały rumieńców od... złości. Zagotowało się w nim, gdy tak łypnął oczami na niespodziewanego gościa. Niezapowiedzianego. Czy powinien w ogóle oczekiwać, że ktoś taki jak Crow będzie się zapowiadać? Przede wszystkim w ogóle nie oczekiwał, że kiedykolwiek jeszcze go zobaczy. Przypadkiem, przelotem, może przy okazji jakichś występów czy mijając się na Nocturnie, na który znowu zabierały go stawiane życiowo kroki i wybory. Zapewne znów błędne, ale jego własne wybory. Każda z osób, która starała się stać na palcach i troszczyć o bezpieczeństwo Prewetta miała jednego demona, z którym nie dało się wygrać - Laurent zawsze robił to, co sam uznał za słuszne i choć sięgał po rady osób mądrzejszych od siebie to Pan-Zosia-Samosia niekiedy wolał popełnić świadomy błąd niż zamartwiać swoimi błędami innych. Przecież to, co działo się wokół niego teraz było najlepszym przykładem. List posłany do Crowa nie miał go sprowadzać. Był wynikiem umowy między nimi (bardzo wymagającej umowy), ale nawet gdyby tej umowy nie było to przysłałby ten list. Głównie po to, żeby go ostrzec. Nie wiedział, jak dokładnie potoczyła się ta historia między nim i Dante. Czy Dante wiedział, czyje dłonie wbiły ostatniego gwoździa do jego trumny. Więc czego tutaj Crow w ogóle szukał? Czego chciał? Znowu przyszedł mnie poobrażać. Pierwsza myśl, która zaświeciła w jego głowie. Gdyby Laurent był foką to teraz jeżyłby sierść na grzbiecie i gotów był na dzień dobry pogryźć czarnowłosego po kostkach.
Tylko że obrażania nie było. Duma się położył, Laurent się rozluźnił, spoglądał zza okularów na Edga... i się nie doczekał. Czy to jakaś forma uśpienia czujności? Dokładnie tego się po nim spodziewał. Cisza jednak trwała, a ponieważ się przeciągała, to Laurent na moment opuścił wzrok na papiery, ale trwało to może piętnaście sekund. Po piętnastu sekundach podniósł je znów, a prawda objawiona przecięła jego umysł po raz kolejny. Przecięła się przez napięcie, frustracje. Piękny. Taki smutny i taki piękny. Czarna plama w jego Ogrodzie.
- Chcesz się ochłodzić? - Zapytał uprzejmie, przesuwając jedną z kartek po postawieniu na niej swojego podpisu. Już chciał przekładać kolejne, już odłożył pióro, kiedy padły następne słowa. Oho. Zaczyna się. Zamknął teczkę i złożył na niej palce dłoni. - Już fantazjujesz o mojej szyi, czy w ogóle nie przestałeś? - Czego on w ogóle tutaj szukał? I czemu wyglądał tak... tak... może to tylko jakaś dziwna wyobraźnia Laurenta, ale ciągle jak zupełny debil zaczynał przy nim mięknąć, kiedy na niego patrzył. Odetchnął i ściągnął okulary z nosa i potarł nasadę nosa. - Przyszedłeś mnie poobrażać dla sportu?