18.05.2024, 13:14 ✶
Faktycznie chciał go obrazić - bo Prewett okazał się być okularnikiem, a to jest zawsze idealny powód do żartów. Jedynym problemem, jaki napotkał na drodze do wyśmiania go był fakt, że z ich dwójki to on był ślepy. Zza przyciemnionych szkieł generalnie średnio się widziało, ale on przecież miał naprawdę mocną dysfunkcję wzroku - chronienie oczu przed łzawieniem jeszcze mocnej pogarszało jego percepcję i tylko przyzwyczajenie ratowało go czasami od potykania się na stopniach. Ten taras już znał. Prawie tak dobrze jak uczucie ciepła rozchodzące się po jego napiętym brzuchu, kiedy blondyn zaczął do niego mówić. Naprawdę nie chciał, żeby to się działo, ale mimowolnie wracał myślami do scen z tamtego dnia. Do klęczenia pomiędzy jego nogami, do stopy sugestywnie jeżdżącej po jego rozporku. Chciałby poczuć to znowu, nawet jeżeli dążąc do tego zawodził już nie tylko ich dwójkę, ale też sam siebie.
- Liczysz na to, że jak wejdę do morza, to prędzej czy później pierdolnie mnie piorun? - Wyszczerzył się, ignorując czerwony wypiek na swojej klatce piersiowej i szyi. - Nie ma mowy, karaluchy umierają ostatnie. - Na szczęście gdyby przyszło mu umrzeć szybciej, nie musiałby już oglądać rezultatów swojej absolutnej porażki, łatwo więc było rzucać tego typu tekstami. - Powinieneś się już zorientować, że wolę twoje nogi - odburknął, bo niezbyt spodobała mu się tak... Zmęczona reakcja. Laurent wyglądał teraz jak Alexander wiszący nad stertą papierów, mający go zaraz pogonić, bo nie miał dla niego czasu. - To rozgrzewka, Brytania wystawiła mnie jako szachistę w Igrzyskach, bo wiedzieli, że wszystkie te prodigy dzieci poryczą się szybciej niż ty, więc nie będą miały ze mną szans. Ciebie wytypowali na zawody w obciąganiu. Czegoś tam. Nie dosłyszałem, bo spiker strasznie siorbał. - Odpiął sobie nóż, który zaczął podrzucać i łapać, podrzucać i łapać... - Twój list składał się z aż jednego zdania, więc przyszedłem usłyszeć coś więcej - ciebie, po prostu ciebie, ale przecież się nie przyzna, że się o niego martwił. Martwił się chociaż wiedział, że jeżeli Laurent znalazł czas na napisanie do niego listu, to wszystko było już w najlepszym porządku. Głośno przełknął ślinę, ostatni raz łapiąc nóż. Mimo podrzucenia go cholernie wysoko, złapał go bez problemu, przy okazji nie łapiąc za ostrze, co samo w sobie robiło zwykle wrażenie - cała widownia zdawała się zasłaniać oczy, jakby naprawdę miał na ich oczach ujebać sobie palec. - Zawsze zdawałeś tyle pytań, czy masz jakiś wyjątkowo babski dzień? - Odłożył nóż na stół, przygniatając nim jedną z kartek. Nie zrobił tego specjalnie, ale okazało się to być dobrym ruchem, bo ledwie kilka sekund później poczuł, jak jego włosami i papierem zakołysał wiatr. Zaciągnął się papierosem, wypalając tym samym resztkę, a później dogasił go o balustradę. Pierwszy instynkt kazał wyrzucić kiepa w te kwiaty, ale jakoś zwątpił, więc trzymając rękę, na wpół gotowy do zwieńczenia tego wieśniackiego ruchu, posłał Prewettowi zmieszane spojrzenie.
- Liczysz na to, że jak wejdę do morza, to prędzej czy później pierdolnie mnie piorun? - Wyszczerzył się, ignorując czerwony wypiek na swojej klatce piersiowej i szyi. - Nie ma mowy, karaluchy umierają ostatnie. - Na szczęście gdyby przyszło mu umrzeć szybciej, nie musiałby już oglądać rezultatów swojej absolutnej porażki, łatwo więc było rzucać tego typu tekstami. - Powinieneś się już zorientować, że wolę twoje nogi - odburknął, bo niezbyt spodobała mu się tak... Zmęczona reakcja. Laurent wyglądał teraz jak Alexander wiszący nad stertą papierów, mający go zaraz pogonić, bo nie miał dla niego czasu. - To rozgrzewka, Brytania wystawiła mnie jako szachistę w Igrzyskach, bo wiedzieli, że wszystkie te prodigy dzieci poryczą się szybciej niż ty, więc nie będą miały ze mną szans. Ciebie wytypowali na zawody w obciąganiu. Czegoś tam. Nie dosłyszałem, bo spiker strasznie siorbał. - Odpiął sobie nóż, który zaczął podrzucać i łapać, podrzucać i łapać... - Twój list składał się z aż jednego zdania, więc przyszedłem usłyszeć coś więcej - ciebie, po prostu ciebie, ale przecież się nie przyzna, że się o niego martwił. Martwił się chociaż wiedział, że jeżeli Laurent znalazł czas na napisanie do niego listu, to wszystko było już w najlepszym porządku. Głośno przełknął ślinę, ostatni raz łapiąc nóż. Mimo podrzucenia go cholernie wysoko, złapał go bez problemu, przy okazji nie łapiąc za ostrze, co samo w sobie robiło zwykle wrażenie - cała widownia zdawała się zasłaniać oczy, jakby naprawdę miał na ich oczach ujebać sobie palec. - Zawsze zdawałeś tyle pytań, czy masz jakiś wyjątkowo babski dzień? - Odłożył nóż na stół, przygniatając nim jedną z kartek. Nie zrobił tego specjalnie, ale okazało się to być dobrym ruchem, bo ledwie kilka sekund później poczuł, jak jego włosami i papierem zakołysał wiatr. Zaciągnął się papierosem, wypalając tym samym resztkę, a później dogasił go o balustradę. Pierwszy instynkt kazał wyrzucić kiepa w te kwiaty, ale jakoś zwątpił, więc trzymając rękę, na wpół gotowy do zwieńczenia tego wieśniackiego ruchu, posłał Prewettowi zmieszane spojrzenie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.