Crow taki po prostu był. Laurent też taki po prostu był. Za dużo myślał. Za dużo analizował. Za dużo słał sobie pytań, co ten człowiek przed nim miał na myśli, co mu krążyło po głowie i że powinien się go bardziej bać. W ogóle powinien się go bać - JEGO. Nie O NIEGO, tylko, do kurwy nędzy, jego. Przecież był dla niego nikim. Nieszczęśnikiem z głębin światka Londynu, jednym z wielu. Jedna z wielu tragicznych historii, całego świata nie zbawisz, wszystkim nie pomożesz, a tacy jak on skazani byli przecież na porażkę. Żeby zgnuśnieć gdzieś na dnie społecznego szamba, wygnani i wykluczeni ze społeczeństwa. Więc nie powinien się zastanawiać nad tym, co artysta miał na myśli tylko kopnąć go w cztery litery, żeby się wynosił, zamiast parskać na prawo i lewo byciem chamem i prostakiem. Z tym, że w tym chamstwie widział tarczę, a to prostactwo było zasłonką. Nie wypadniesz dobrze wśród towarzystwa ze Ścieżek pod Nokturnem dobrze, jeśli będziesz cholernym prawnikiem Boga, heroldem samej Minister Magii. Wystarczyło tylko dać mu nitkę, on za nitką szedł i nagle otwierały się zupełnie inne drzwi jestestwa Fleamonta.
Tę stronę też lubił, bo była bezkrytyczna. Musiał tylko znaleźć granicę i wyznaczyć, gdzie ta bezkrytyczność zamieniała się w szarpaninę dla niego samego.
Zamiast bluzgać i szczuć go psem jak przed chwilą Blackównę, przymknął oczy i uśmiechnął się lekko na ten żart. Co za dramat. To było jedno z tych pytań, które nie wymagały odpowiedzi, ale i tak postanowił ją dać. Wolał gadać. Gadać, gadać, gadać, jeśli tylko mógł, ile mógł, co chciał, nie filtrując tego wszystkiego w swojej głowie. Mówić. Przekazywać. Nie zastanawiać się nad tym, jak bardzo źle to zostanie odebrane. Chciał przynajmniej tak funkcjonować - tylko niekoniecznie potrafił. Nawet tutaj niepewnie otwierał tę granicę i robił to z rozmysłem, zastanawiając się też nad jedną rzeczą: gdzie zaczynała się i gdzie kończyła manipulacja w spotkaniach takich jak to?
- W takim razie nie masz się czego obawiać i możesz tylko zyskać. - Odparł na to, że karaluchy umierają ostatnie. W nawiązaniu do niego - to nadal był żart, czy myślał tak o sobie naprawdę? Zapewne naprawdę, obszywał to żartem, żeby było łatwiejsze do strawienia. - Jeśli tak wyglądają karaluchy to rozważę założenie ich całej hodowli. - Przestał się pochylać nad stołem i oparł się swobodniej na krześle. - Tak, zdecydowanie chętniej się do nich przyklejałeś niż do szyi. - Chociaż równie dobrze mógł robić kolejne próby testów, żeby nauczyć się Flynna na nowo. Ile z tego, co pamiętał, było tylko jakimś narkotycznym, mdłym snem, ile było prawdą? Niemal dziwił się sobie samemu, że po tym bezwstydnym śnie i jeszcze bardziej bezwstydnej jawie spędzonej w sypialni z Flynnem nie miał nawet malutkiego wyrzutu sumienia. Że to wszystko wydawało się takie... tak, jak powinno być.
Prychnął śmiechem na to wytłumaczenie o obrażeniu i zawody w obciaganiu. Nie, zdecydowanie nie powinien się śmiać na takie prostackie i gorszące żarty, chwilowo zwalał to na karb zmęczenia i nadmiernego stresu, który starał się rozładowywać nie poprzez faktyczne odprężenie, a raczej poprzez uciekanie od problemu. Mogliby z Flynnem na temat uciekania sporo porozmawiać, choć to szybko skończyłoby się na odpowiedzi z jego strony, że w końcu wszystkiemu trzeba stawić czoła. Tylko że ten cichy śmiech bardzo szybko się zakończył. Został wręcz ucięty wraz z chwilą, kiedy pojawił się nóż. I prawie poderwał się z miejsca, kiedy Fleamont ten nóż podrzucił, mając już fatalistyczną wizję, jak sobie robi nim krzywdę. Wspomnienie, jak rozciął sobie nogę.
- Nie zrób sobie krzywdy, bo będę rekwirował każde ostre narzędzie, z jakim się tutaj pojawisz. - Prawie spłynął na tym krześle ze słabości tak i ulgi, bo ten nóż złapał. Adrenalina, którą ludzie czerpali z takich rzeczy, wcale go nie bawiła i nie stawiała na nogi. - Mam milion pytań, które chciałbym ci zadać, ale jeszcze nie zakończyłem warzenia słów "lepiej śpiewaj zamiast się odzywać". Kiedy skończę tę kalkulację może zasypię cię ich większą częścią. Albo nie zadam już żadnego. - W końcu ta waga, która przechylała się w jedną to drugą stronę była głownie walką własnej niepewności, troski o siebie jak i Flynna oraz ciekawości.
Ostatnim razem gnoił spojrzeniem Isaaca Bagshota za to, że ten wyrzucił kiepa prosto w róże. Zbrodnia. Widok tego, jak Crow się zatrzymał i zawahał... nieco wybił go z rytmu. Laurent podniósł się z miejsca i przyniósł porcelanową popielniczkę, którą położył pod ręką Flynna.
- Skąd to zawahanie? - Przed wyrzuceniem papierosa w ogród. Usiadł z powrotem na swoje miejsce, zerkając na sekundę na ten nóż, który uratował jego kartki przed odfrunięciem.