18.05.2024, 15:43 ✶
Wpierw wydawał się być znudzony jego odpowiedzią, przecież wcale nie sugerował, że ochłodzenie się w wodzie było złym pomysłem, lecz zgrabnie wciskał mu w usta słowa o chęci pozbycia się Crowa z tego miejsca. Tak jak wcześniej chciał usłyszeć „nie, nigdy cię nie pokocham”, tak rzucał w niego „nie chcę cię tutaj” i skrycie liczył na odbicie tego. Tylko on tego nie odbił. Wręcz przeciwnie, nawet wprawionego w takich przepychankach Flynna zszokowało to, co uzyskał w odpowiedzi.
- Hodowlę? Chcesz mnie rozmnożyć? - Uniósł w górę brwi, trochę jakby z niego drwił, a trochę jakby rzucał mu wyzwanie. - Coś mi mówi, że twoja anatomia na to nie pozwoli, ale mogę się poświęcić i spróbować, może wystarczy podjąć próbę wystarczająco dużo razy - powiedział, tym razem zupełnie ignorując fakt, ilu osobom Laurent się oddawał, chociaż w innych sytuacjach zdawał się mieć na tym punkcie obsesję. Przyznał się już jednak do tego, jak wyglądały jego fantazje. I znowu poczuł, jak to robi. Jak walczy, jak się szarpie sam ze sobą, tylko po to, żeby znowu próbować rozbierać Prewetta słowami. Oczywiście, że mówił to wszystko po to, żeby chłopak się rumienił, śmiał, żeby nie wiedział, co ze sobą zrobić, bo dwunasty lipca i te jego prorocze sny musiały wracać do niego z każdym kolejnym celowo obleśnym tekstem. Jednocześnie tego nie chciał, odepchnął go więc.
- Ty będziesz coś liczył, Laurent? Oż kurwa. W Lammas muszę iść do pracy, więc może ja już pójdę, a ty mi napiszesz list w sierpniu, jak już skończysz?
Kiedyś uznałby to za dobry pocisk. Teraz było inaczej. Pewnie przez to jak się zawahał z tym papierosem jak skończona pierdoła, co nie zdarzyło mu się przez jakieś dwie dekady nałogowego kopcenia. Normalnie nimi śmiecił. Kogo to w ogóle obchodziło. Jego? Nigdy. Najgłębsze korytarze katakumb musiały posiadać w sobie takie porzucone przez niego kiepy. Nie leżały tylko w tym ogrodzie.
- Nie wiem. - To było kłamstwo. Prawidłowa odpowiedź brzmiała: bo to oczywiste, że tego nie lubisz. Istniała jeszcze możliwość - bo mi o tym powiedziałeś, w końcu czasami zapominał o pewnych rzeczach, jednocześnie pozwalając im żyć zakodowanymi gdzieś w podświadomości, ale wykluczył ją, bo nie miał tu ostatnio fajek. Miał cygaro, ale co on zrobił z tym cygarem? Nie pamiętał, nie potrafił się skupić, bo gapił się na niego z zadartą głową w kompletnym bezruchu, jedynie unoszące się i opadające klatka piersiowa i brzuch wskazywały na to, że nie zamienił się jeszcze w marmurowy posąg. Powiedział nie wiem, bo poczuł bezradność. Bezradność wobec tego jak blisko z tą popielniczką znajdował się Laurent, jak niewiele trzeba było, żeby przestać udawać przed sobą i światem. Jeden żałośnie łapczywy pocałunek. Mógł przyciągnąć go do siebie i posadzić na swoich kolanach. Mógł, ale tego nie zrobił. Kiep wpadł do porcelany, a Laurent wrócił na swoje miejsce. Wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Wszystko oprócz jego duszy, zszarganej dopuszczeniem do siebie myśli o byciu tak napastliwym, że jego samego zaczynało to przerażać. Cofnął rękę do siebie, zamilkł. Odwrócił spojrzenie w kierunku morza i tym razem to w nie zaczął wpatrywać się natrętnie. Ono na szczęście nie musiało się go bać.
Chmury przesuwały się po niebie coraz szybciej. Jeżeli teraz mu tego nie powie, zastanie go deszcz. Nie był pewny, czy w burzę w ogóle można było się teleportować. Idealny pretekst. Jednocześnie idealna pułapka.
- Co się stało?
Schował te okulary do kieszeni przewiązanej w pasie kurtki. Spadły na dno wsiąkiewki z cichym trzaskiem, najpewniej obijając się o jedno z dwukierunkowych lusterek.
- Hodowlę? Chcesz mnie rozmnożyć? - Uniósł w górę brwi, trochę jakby z niego drwił, a trochę jakby rzucał mu wyzwanie. - Coś mi mówi, że twoja anatomia na to nie pozwoli, ale mogę się poświęcić i spróbować, może wystarczy podjąć próbę wystarczająco dużo razy - powiedział, tym razem zupełnie ignorując fakt, ilu osobom Laurent się oddawał, chociaż w innych sytuacjach zdawał się mieć na tym punkcie obsesję. Przyznał się już jednak do tego, jak wyglądały jego fantazje. I znowu poczuł, jak to robi. Jak walczy, jak się szarpie sam ze sobą, tylko po to, żeby znowu próbować rozbierać Prewetta słowami. Oczywiście, że mówił to wszystko po to, żeby chłopak się rumienił, śmiał, żeby nie wiedział, co ze sobą zrobić, bo dwunasty lipca i te jego prorocze sny musiały wracać do niego z każdym kolejnym celowo obleśnym tekstem. Jednocześnie tego nie chciał, odepchnął go więc.
- Ty będziesz coś liczył, Laurent? Oż kurwa. W Lammas muszę iść do pracy, więc może ja już pójdę, a ty mi napiszesz list w sierpniu, jak już skończysz?
Kiedyś uznałby to za dobry pocisk. Teraz było inaczej. Pewnie przez to jak się zawahał z tym papierosem jak skończona pierdoła, co nie zdarzyło mu się przez jakieś dwie dekady nałogowego kopcenia. Normalnie nimi śmiecił. Kogo to w ogóle obchodziło. Jego? Nigdy. Najgłębsze korytarze katakumb musiały posiadać w sobie takie porzucone przez niego kiepy. Nie leżały tylko w tym ogrodzie.
- Nie wiem. - To było kłamstwo. Prawidłowa odpowiedź brzmiała: bo to oczywiste, że tego nie lubisz. Istniała jeszcze możliwość - bo mi o tym powiedziałeś, w końcu czasami zapominał o pewnych rzeczach, jednocześnie pozwalając im żyć zakodowanymi gdzieś w podświadomości, ale wykluczył ją, bo nie miał tu ostatnio fajek. Miał cygaro, ale co on zrobił z tym cygarem? Nie pamiętał, nie potrafił się skupić, bo gapił się na niego z zadartą głową w kompletnym bezruchu, jedynie unoszące się i opadające klatka piersiowa i brzuch wskazywały na to, że nie zamienił się jeszcze w marmurowy posąg. Powiedział nie wiem, bo poczuł bezradność. Bezradność wobec tego jak blisko z tą popielniczką znajdował się Laurent, jak niewiele trzeba było, żeby przestać udawać przed sobą i światem. Jeden żałośnie łapczywy pocałunek. Mógł przyciągnąć go do siebie i posadzić na swoich kolanach. Mógł, ale tego nie zrobił. Kiep wpadł do porcelany, a Laurent wrócił na swoje miejsce. Wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Wszystko oprócz jego duszy, zszarganej dopuszczeniem do siebie myśli o byciu tak napastliwym, że jego samego zaczynało to przerażać. Cofnął rękę do siebie, zamilkł. Odwrócił spojrzenie w kierunku morza i tym razem to w nie zaczął wpatrywać się natrętnie. Ono na szczęście nie musiało się go bać.
Chmury przesuwały się po niebie coraz szybciej. Jeżeli teraz mu tego nie powie, zastanie go deszcz. Nie był pewny, czy w burzę w ogóle można było się teleportować. Idealny pretekst. Jednocześnie idealna pułapka.
- Co się stało?
Schował te okulary do kieszeni przewiązanej w pasie kurtki. Spadły na dno wsiąkiewki z cichym trzaskiem, najpewniej obijając się o jedno z dwukierunkowych lusterek.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.