- Nie wiem, a wszystkie karaluchy są z tobą spokrewnione? - Wyciągnął kąciki ust w górę (niemal arogancko, ale nawet w tym tkwiła łagodność), kryjąc oczy za kurtyną rzęs. Założył nogę na nogę - nie było co się spinać, prawda? Nóż leżał tutaj, nikomu nie musiała się dziać krzywda. Już uderzały w nich pierwsze podmuchy wiatru - kiedy zagrzmi burza... Kiedy fale zaczną rozbijać się o skały? Kiedy pochłoną brzeg i nie pozwolą już na kąpiel? Nie wiedział, ale wiedział, że moment, w który spadał deszcz, a ty kryłeś się w wodzie był jednym z najlepszych. Woda odmywała cię wtedy ze wszystkich stron - słone fale mieszały się ze słodkimi kroplami i mogłeś śmiać się, płakać - nikt nie oceniał. Na pewno nie oceniała natura. Zabranie Flynna między fale wydawało się całkowicie trafione, ale tylko z jego własnej perspektywy. Przez to, przez ile warstw Flynna trzeba było się przebijać, żeby odkryć, co on w ogóle lubi, a czego nie (poza dotykiem...) to wydawało się przeprawą godną miana Odysei. - Musiałbym się przekonać... - Przechylił głowę na bok, spoglądając psotnie w kierunku swojego niespodziewanego i początkowo nawet niemile widzianego gościa. Dwa-zero! Nie liczę tobie punktów, bo zostałbym za daleko w tyle... Przynajmniej Laurent potrafił być z siebie nadmiernie zadowolony, kiedy już coś mu się udało względem Fleamonta. Na krańcu niemal języka tańczyła prowokacja, że przecież musiałby się przekonać, czy jest najlepszym z tych karaluchów... ale nie chciał podminowywać pewności siebie tego człowieka. - Oooch, ależ to by było poświęcenie..! - Przyłożył palce do ust w udawanym podziwie dla TAKIEGO poświęcenia, wielkiego, nieludzkiego wręcz! - Przed chwilą przegapiłeś okazję z kąpielą w morzu, teraz nie wiem, kiedy następnym razem mógłbym taką dla ciebie stworzyć, nie wiem, nie wiem... - Żartował sobie zupełnie, ale po wczorajszym dniu... Kiedy stawiasz granicę, żeby kontakt kończył się tylko na krótkim dotyku i nie przechodził do niczego więcej. Powinien od dawna taką stawiać. Dramatem było to, że poszedł do Perseusa, żeby mu pomógł z tym problemem, a ten chyba potrafił sam myślał głównie o tym, jak położyć dłonie na jego biodrach. Darował sobie dalej. Sam musiał sobie poradzić ze swoimi problemami. Sam. Tak jak sam musiał iść przez to życie. Mówił sobie, że się z tym pogodził.
- Uciekanie i znikanie na całe tygodnie dobrze ci wychodzi, więc chyba niewiele się zmieni? - Nie był gotowy na to, że Fleamont się pokaże, ale był gotowy na to, że jeśli przyjdzie, to porozumiewanie się z nim będzie odbywało właśnie w taki sposób. Gdzie trzeba nacisnąć, żeby zmienić tryby..? Stawał się wtedy bardziej nerwowy, więc może niekoniecznie było to pożądane. I gdzie był przycisk, gdy zwrotne wytknięcia jeszcze bardziej go ostrzyły? - Nie wiesz. - Powtórzył za nim z zastanowieniem. Nie wiesz, czy nie chcesz powiedzieć? Zmienił taktykę. Jak z tym śniadaniem. - Lubisz kwiaty? - Pierwsze co mu się kojarzyło, jeśli ktoś robił taki ruch, to chyba to, że... coś lubił? Jakże nietrafnie. Jego próby celowania w rzeczy przy Flynnie były non stop tak bardzo nietrafne przez ilość warstw, przez jakie trzeba było się przedrzeć, żeby do niego trafić.
Również spojrzał na morze. Nic. Chciał mu odpowiedzieć, że nic się nie stało.
- Nic się nie stało. - Właściwie to... naprawdę nic się nie wydarzyło. Tak formalnie. - Dante przysłał jednego ze swoich ludzi, żeby przekazał wiadomość kilka dni temu. Dżentelmeńsko postanowił się przywitać i poprosić o zwrot pieniędzy. Pewnie skorzystał na tym, że miałem kolejny konflikt ze Śmierciożercami na miejscu. - Spojrzał na swoje równiutko wypiłowane paznokcie... ale wcale nie tak zadbane, jak powinny być. Opuścił rękę. - Poczułem ulgę, że on żyje. - Dodał po chwili. - Oznacza to, że moje i twoje sumienie jest obciążone jedną śmiercią mniej. - Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ciążyło mu to na sercu, dopóki nie poczuł rozgrzeszenia. Tragiczne - bo zaraz zaczął myśleć, czy on jednak nie powinien zginąć. - Żałosna hipokryzja, bo przecież nie mogę jego i Fontaine traktować jak much, które w końcu znikną i przestaną się kręcić koło nosa. - Mówił o tym z takim spokojem tylko dlatego, że jego próg nerwów został przekroczony. Musiało nastąpić jakieś rozwiązanie.