18.05.2024, 17:43 ✶
- Te z moim tyłkiem? Tak. - Mówiąc to miał już zupełnie flirciarski ton, następnie zamilkł, słuchając jego zaczepek. I podobały mu się, widać to było od razu po tym jak się uśmiechnął, jak przygryzł wargę, jak ożywił się na tym krześle, niczym pies wołany na spacer. Wszystko po to, aby nagle pobladł, znów skulił się i wrócił do oglądania morza. Zupełnym przypadkiem uderzył mu w czuły punkt, zabijając całą werwę, jaka się w nim nazbierała. - Ooooh, nawet na całe lata i dekady - odparł, nie odpowiadając na pytane, ale rzucając tutaj jakąś groźbą. Kolejną piłką, którą można było odbić. „To zniknij na lata i dekady”, słowa uwalniające go z tego tarasu jak ściągnięcie z chcącego uciec pupila obroży.
- Tak - lubił kwiaty, choć to „tak” powiedział tak jak wcześniejsze słowa - bez entuzjazmu. Odwrócił się, po to jedynie, aby sięgnąć po popielniczkę, lub przywołać ją do siebie gestem, a zacisnąwszy na niej palce, wstał i podszedł do krawędzi tarasu, gdzie drugi już raz oparł się łokciami o balustradę i zaczął palić. - Ale te są brzydkie. Wyglądają jak jakieś chwasty. - Nikt ze zdrowymi oczyma nie powiedziałby tak o słoneczniku. Wielkiej Brytanii wręcz brakowało kwiatów w tak żywych kolorach jak ta ciepła, przyciągająca wzrok żółć, ale odbierając im ją - pozostawał środek wyglądający jak napuchnięty balon, przyozdobiony aureolą szarawych, nijakich płatków, na długim badylu przywodzącym na myśl każdy możliwy polny kwiat siejący się wszędzie.
Dobrze, że nie patrzył na niego, kiedy słyszał jego opinię o powrocie tego cholernego pajaca. Najbardziej rozgniewany wyraz twarzy zachował do tych fal, co nic nie czuły, chociaż teraz... teraz zastanawiał się, czy i Laurent cokolwiek czuł.
- Może twoje. Ja już i tak przestałem liczyć. - Postawił się wpierw w złym świetle, w świetle migających, przygaszonych świateł Ścieżek, w których świetle dokonał najgorszych czynów, na jakie się zdobył. Ale to wcale nie to przywołało w nim wściekłość. Wściekłość, przez którą przed dobrych kilka minut milczał zupełnie. Kilka długich minut spędzonych tylko i wyłącznie na wydychaniu kolejnych porcji dymu i zapełnianie mu tej porcelanowej popielniczki. Nieopatrzenie przeoczył gdzieś w swoim zawodzeniu, że chciał być jego psem to, jak złym Laurent mógł być panem. - Zastanawiałem się, dlaczego poczułeś ulgę, że ktoś taki żyje, kiedy ja czytając ten list, poczułem zawód, że osobiście nie poderżnąłem mu gardła tak dla pewności, że zdechł. Ale teraz to rozumiem. - Zaciągnął się tak dużą ilością dymu, że jego resztki wydobywały się spomiędzy jego warg jeszcze kiedy mówił. - Ty mówiłeś tylko o sobie, a nie o ludziach, których on sprzedaje. - I to wydało mu się takie... samolubne. Bo on tam zawsze ryzykował dla innych wszystkim, co miał. W ogóle nie potrafił patrzeć na rzeczywistość, nie stawiając wokół siebie tych, których pokochał. Dante próbował zabić Vioricę za kradzież jakiegoś kompletnie losowego gówna, jakby Avada Kedavra miała być odpowiednią zapłatą za zwinięcie mu szmelcu - on również nie mógł patrzeć na niego jak na kogoś zasługującego na oddychanie tym samym tlenem co ona. Gdyby miał szansę wysadzić korytarz z nim w środku jeszcze raz - zrobiłby to. Ale teraz stał tutaj, wypinał się do Laurenta i był wyraźnie zdenerwowany czymś, co częściowo sobie uroił na podstawie kilku słów. - Jak to jest w ogóle możliwe, że akurat ty wisisz mu pieniądze? I jeszcze kurwa Śmierciożercy? - Potarł głowę wolną ręką. Nie radził już sobie z coraz intensywniejszymi podmuchami wiatru, spychającymi mu loki prosto na oczy.
- Tak - lubił kwiaty, choć to „tak” powiedział tak jak wcześniejsze słowa - bez entuzjazmu. Odwrócił się, po to jedynie, aby sięgnąć po popielniczkę, lub przywołać ją do siebie gestem, a zacisnąwszy na niej palce, wstał i podszedł do krawędzi tarasu, gdzie drugi już raz oparł się łokciami o balustradę i zaczął palić. - Ale te są brzydkie. Wyglądają jak jakieś chwasty. - Nikt ze zdrowymi oczyma nie powiedziałby tak o słoneczniku. Wielkiej Brytanii wręcz brakowało kwiatów w tak żywych kolorach jak ta ciepła, przyciągająca wzrok żółć, ale odbierając im ją - pozostawał środek wyglądający jak napuchnięty balon, przyozdobiony aureolą szarawych, nijakich płatków, na długim badylu przywodzącym na myśl każdy możliwy polny kwiat siejący się wszędzie.
Dobrze, że nie patrzył na niego, kiedy słyszał jego opinię o powrocie tego cholernego pajaca. Najbardziej rozgniewany wyraz twarzy zachował do tych fal, co nic nie czuły, chociaż teraz... teraz zastanawiał się, czy i Laurent cokolwiek czuł.
- Może twoje. Ja już i tak przestałem liczyć. - Postawił się wpierw w złym świetle, w świetle migających, przygaszonych świateł Ścieżek, w których świetle dokonał najgorszych czynów, na jakie się zdobył. Ale to wcale nie to przywołało w nim wściekłość. Wściekłość, przez którą przed dobrych kilka minut milczał zupełnie. Kilka długich minut spędzonych tylko i wyłącznie na wydychaniu kolejnych porcji dymu i zapełnianie mu tej porcelanowej popielniczki. Nieopatrzenie przeoczył gdzieś w swoim zawodzeniu, że chciał być jego psem to, jak złym Laurent mógł być panem. - Zastanawiałem się, dlaczego poczułeś ulgę, że ktoś taki żyje, kiedy ja czytając ten list, poczułem zawód, że osobiście nie poderżnąłem mu gardła tak dla pewności, że zdechł. Ale teraz to rozumiem. - Zaciągnął się tak dużą ilością dymu, że jego resztki wydobywały się spomiędzy jego warg jeszcze kiedy mówił. - Ty mówiłeś tylko o sobie, a nie o ludziach, których on sprzedaje. - I to wydało mu się takie... samolubne. Bo on tam zawsze ryzykował dla innych wszystkim, co miał. W ogóle nie potrafił patrzeć na rzeczywistość, nie stawiając wokół siebie tych, których pokochał. Dante próbował zabić Vioricę za kradzież jakiegoś kompletnie losowego gówna, jakby Avada Kedavra miała być odpowiednią zapłatą za zwinięcie mu szmelcu - on również nie mógł patrzeć na niego jak na kogoś zasługującego na oddychanie tym samym tlenem co ona. Gdyby miał szansę wysadzić korytarz z nim w środku jeszcze raz - zrobiłby to. Ale teraz stał tutaj, wypinał się do Laurenta i był wyraźnie zdenerwowany czymś, co częściowo sobie uroił na podstawie kilku słów. - Jak to jest w ogóle możliwe, że akurat ty wisisz mu pieniądze? I jeszcze kurwa Śmierciożercy? - Potarł głowę wolną ręką. Nie radził już sobie z coraz intensywniejszymi podmuchami wiatru, spychającymi mu loki prosto na oczy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.