18.05.2024, 19:19 ✶
– Tylko wtedy po co miałyby nawiedzać chatę, skoro i tak by z niej wychodziły z powodu zbyt wielu duchów na metr kwadratowy? – spytała retorycznie Brenna. – Mam wrażenie, że tam faktycznie może lub mogło coś siedzieć, ale większość opowieści jest ubarwiona… trochę jak z Tower w Londynie.
Nijak nie skomentowała wyznania Heather względem tego, że ta była we Wrzeszczącej Chacie. Brenna w swojej edukacji szkolnej też wpakowała się w bardzo wiele miejsc, do których wchodzić nie powinna, nie zamierzała więc czepiać się o to Wood.
– Cóż… ktoś kiedyś powiedział mi, że historia jest ważna, bo po pierwsze, możemy uczyć się na błędach, po drugie, warto wiedzieć, co doprowadziło nas do miejsca, w którym jesteśmy – odparła z kolei na pytanie Wood, chociaż nie zdradziła, jak sama się na to zapatrywała i na ile zgadzała się z tą maksymą. – Zgadzam się, też nie chciałabym być duchem. Wyobrażasz sobie: patrzeć na czekoladę i nie móc jej zjeść? – Uśmiechnęła się przy tych słowach pogodnie, chociaż w istocie doskonale wiedziała, że spłyca teraz bardzo poważny problem. Im lepiej poznawała hogwarckie duchy, tym częściej myślała, jak straszny musi być wiedziony przez nie żywot: patrzenie przez setki lat, jak zmienia się świat, jak wszystko przemija, a tobie wolno tylko obserwować. Niczego już nie doświadczasz i w większości przypadków jest dla ciebie za późno, aby odejść.
Perła Morza, mała Maddie i auror tylko ją w tych myślach utwierdziły.
– Dziwi mnie to tylko o tyle, że… no jak przejdzie się przez coś ciężkiego, zwykle nie chce się o tym opowiadać. Ale pewnie bycie martwym zmienia psychikę… A jeśli chodzi o Irytka, to nie znam się na tym za bardzo, ale rozmawiałam z jednym egzorcystą, jak natknęliśmy na podobny byt… Irytek w ogóle nie umarł, bo nigdy nie żył. Nie jest duchem, tylko uosobieniem chaosu. Stworzyła go sama magia i jest pewnie tak potężny jak na poltergeista, bo Hogwart to przecież jedno z najbardziej magicznych miejsc w Anglii. A uczniowie… no… lubią psoty – powiedziała, i tu pogodny uśmiech na moment zamienił się w nieco figlarny, bo wprawdzie raczej w czasach szkolnych nie robiła innym dowcipów, ale psoty nie były jej tak zupełnie obce.
Kelnerka pojawiła się po chwili znowu, z tacą z trzema kuflami: na każdym unosiła się gruba warstwa bitej śmietany, posypanej czekoladą. Napój pachniał kremem, karmelem i chyba odrobiną cynamonu.
Nijak nie skomentowała wyznania Heather względem tego, że ta była we Wrzeszczącej Chacie. Brenna w swojej edukacji szkolnej też wpakowała się w bardzo wiele miejsc, do których wchodzić nie powinna, nie zamierzała więc czepiać się o to Wood.
– Cóż… ktoś kiedyś powiedział mi, że historia jest ważna, bo po pierwsze, możemy uczyć się na błędach, po drugie, warto wiedzieć, co doprowadziło nas do miejsca, w którym jesteśmy – odparła z kolei na pytanie Wood, chociaż nie zdradziła, jak sama się na to zapatrywała i na ile zgadzała się z tą maksymą. – Zgadzam się, też nie chciałabym być duchem. Wyobrażasz sobie: patrzeć na czekoladę i nie móc jej zjeść? – Uśmiechnęła się przy tych słowach pogodnie, chociaż w istocie doskonale wiedziała, że spłyca teraz bardzo poważny problem. Im lepiej poznawała hogwarckie duchy, tym częściej myślała, jak straszny musi być wiedziony przez nie żywot: patrzenie przez setki lat, jak zmienia się świat, jak wszystko przemija, a tobie wolno tylko obserwować. Niczego już nie doświadczasz i w większości przypadków jest dla ciebie za późno, aby odejść.
Perła Morza, mała Maddie i auror tylko ją w tych myślach utwierdziły.
– Dziwi mnie to tylko o tyle, że… no jak przejdzie się przez coś ciężkiego, zwykle nie chce się o tym opowiadać. Ale pewnie bycie martwym zmienia psychikę… A jeśli chodzi o Irytka, to nie znam się na tym za bardzo, ale rozmawiałam z jednym egzorcystą, jak natknęliśmy na podobny byt… Irytek w ogóle nie umarł, bo nigdy nie żył. Nie jest duchem, tylko uosobieniem chaosu. Stworzyła go sama magia i jest pewnie tak potężny jak na poltergeista, bo Hogwart to przecież jedno z najbardziej magicznych miejsc w Anglii. A uczniowie… no… lubią psoty – powiedziała, i tu pogodny uśmiech na moment zamienił się w nieco figlarny, bo wprawdzie raczej w czasach szkolnych nie robiła innym dowcipów, ale psoty nie były jej tak zupełnie obce.
Kelnerka pojawiła się po chwili znowu, z tacą z trzema kuflami: na każdym unosiła się gruba warstwa bitej śmietany, posypanej czekoladą. Napój pachniał kremem, karmelem i chyba odrobiną cynamonu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.