18.05.2024, 20:25 ✶
— Strasznie dużo aluzji do łóżkowych zbliżeń dziś rzucasz — skomentował bezwiednie, gdy przypięła mu łatkę starszawego stryjka, który wpycha noc w sprawy młodych. Eh, zawsze był tym najgorszy. Jak żyć, pani Minister, jak żyć w takich warunkach? — Chyba faktycznie potrzebujesz jakiegoś towarzystwa. Podoba ci się ktoś z Brygady albo Biura Aurorów, kto będzie jutro na przyjęciu? To może być twoja szansa.
Przez Warownię miało się jutro przewinąć paru mężczyzn. Nie wiedział, czy na widok któregokolwiek z nich słabe serduszko panny Moody biło nieco szybciej, jednak miał nadzieję, że spędzi ten czas spokojnie. Chociaż przed wypadkiem Millie jawiła się jako osoba witająca chaos z otwartymi rękoma, tak długa rekonwalescencja mogła ją odrobinę pod tym względem naprostować... A gdyby tak jeszcze wpoiła parę takich zasad Brennie... Eh, nadzieja matką głupich. Longbottom nie miał pojęcia, co czekało gości w sadzie. Nie wiedział też, że przyjdzie mu chować się pod stołem, aby uniknąć bitwy na słodkości.
— Wielkie arkana to coś ważnego, co nie? — Uniósł pytająco prawą brew, nie wiedząc, czy dobrze kombinuje.
Może i przyjął po Morfeuszu kilka zwyczajów, jednak od wróżbiarstwa trzymał się z daleka, a zwłaszcza od jego technikaliów. To, co go pociągało w przepowiadaniu przyszłości, polegało raczej na tajemnicy tego, jak dokładnie jasnowidzowie rozeznawali się w gobelinie czasu i przestrzeni i co sprawiało, że decydowali się na podążenie za konkretną nitką, aby zobaczyć, co się może wydarzyć w przyszłości. Małe arkana, duże arkana... Podejrzewał, że łączą się z jakąś umowną wartością poszczególnych znaków, jednak trudno mu było wywnioskować, jakie konkretnie znaczenie miały ze sobą nieść.
— A więc... Zaczynam z poziomu sukcesu i w trakcie miesiąca będę się staczał coraz niżej pod wpływem nadchodzących problemów, ale koniec końców jakieś wydarzenie ponownie wywinduje mnie na szczyt? Dobrze rozumiem? — Podrapał się za uchem, zaglądając do ostatniej filiżanki po herbacie. — Jakaś cholerna pętla. Cykl odnowy jak u feniksów. Rozmawiałem jakiś czas temu o tym z Morfeuszem. A przynajmniej o czymś podobnym.
Wówczas dyskutowali raczej o postępie społecznym i zmianach w środowiskach czarodziejów na przestrzeni pokoleń, jednak motyw pętli poniekąd wpisywał się w ten schemat. Chyba że spojrzeć na ten symbol z innej strony i rozważać go w kategorii spirali, po której można było piąć się ku górze w celu osiągnięcia oświecenia lub po której spadało się coraz niżej ku nieprzeniknionej ciemności, gdzie czekał tylko ból i zapomnienie.
— Mam parę pomysłów, ale chyba nie chcę znać odpowiedzi na te pytania. Przynajmniej na tym etapie.
Uśmiechnął się słabo, mając nadzieję, że nie będzie miała mu tego za złe. Chociaż przepowiednie na nadchodzący miesiąc nie napawały go jakimś szczególnym entuzjazmem, tak przecież... Mogło być gorzej. Zawsze mogło być gorzej. A może po prostu na powrót zasłaniał się swoją własną naturę dobrotliwego człowieka i liczył, że wszystko się jakoś ułoży. Nie chciał jednak kusić losu i dopytywać o sprawy, które naprawdę były dla niego ważne. Biorąc pod uwagę, że nieubłaganie zbliżała się data wyprawy na wyspę, dopytywanie o los najbliższych wydawało się bardzo złym posunięciem.
— Zjem babeczkę — przystał na propozycję Millie, wyswobadzając słodkości spomiędzy jej palców. Wgryzł się w nią powoli, starając się niepotrzebnie nie ubrudzić. Wypieki z klubokawiarni to wprawdzie nie były, ale jak na domowe warunki i to, co na co dzień wychodziło spod ludzkich rąk w kuchni Warowni i tak wyszło całkiem nieźle. — Mmm... Dużo ci jeszcze zostało do przygotowania?
Przez Warownię miało się jutro przewinąć paru mężczyzn. Nie wiedział, czy na widok któregokolwiek z nich słabe serduszko panny Moody biło nieco szybciej, jednak miał nadzieję, że spędzi ten czas spokojnie. Chociaż przed wypadkiem Millie jawiła się jako osoba witająca chaos z otwartymi rękoma, tak długa rekonwalescencja mogła ją odrobinę pod tym względem naprostować... A gdyby tak jeszcze wpoiła parę takich zasad Brennie... Eh, nadzieja matką głupich. Longbottom nie miał pojęcia, co czekało gości w sadzie. Nie wiedział też, że przyjdzie mu chować się pod stołem, aby uniknąć bitwy na słodkości.
— Wielkie arkana to coś ważnego, co nie? — Uniósł pytająco prawą brew, nie wiedząc, czy dobrze kombinuje.
Może i przyjął po Morfeuszu kilka zwyczajów, jednak od wróżbiarstwa trzymał się z daleka, a zwłaszcza od jego technikaliów. To, co go pociągało w przepowiadaniu przyszłości, polegało raczej na tajemnicy tego, jak dokładnie jasnowidzowie rozeznawali się w gobelinie czasu i przestrzeni i co sprawiało, że decydowali się na podążenie za konkretną nitką, aby zobaczyć, co się może wydarzyć w przyszłości. Małe arkana, duże arkana... Podejrzewał, że łączą się z jakąś umowną wartością poszczególnych znaków, jednak trudno mu było wywnioskować, jakie konkretnie znaczenie miały ze sobą nieść.
— A więc... Zaczynam z poziomu sukcesu i w trakcie miesiąca będę się staczał coraz niżej pod wpływem nadchodzących problemów, ale koniec końców jakieś wydarzenie ponownie wywinduje mnie na szczyt? Dobrze rozumiem? — Podrapał się za uchem, zaglądając do ostatniej filiżanki po herbacie. — Jakaś cholerna pętla. Cykl odnowy jak u feniksów. Rozmawiałem jakiś czas temu o tym z Morfeuszem. A przynajmniej o czymś podobnym.
Wówczas dyskutowali raczej o postępie społecznym i zmianach w środowiskach czarodziejów na przestrzeni pokoleń, jednak motyw pętli poniekąd wpisywał się w ten schemat. Chyba że spojrzeć na ten symbol z innej strony i rozważać go w kategorii spirali, po której można było piąć się ku górze w celu osiągnięcia oświecenia lub po której spadało się coraz niżej ku nieprzeniknionej ciemności, gdzie czekał tylko ból i zapomnienie.
— Mam parę pomysłów, ale chyba nie chcę znać odpowiedzi na te pytania. Przynajmniej na tym etapie.
Uśmiechnął się słabo, mając nadzieję, że nie będzie miała mu tego za złe. Chociaż przepowiednie na nadchodzący miesiąc nie napawały go jakimś szczególnym entuzjazmem, tak przecież... Mogło być gorzej. Zawsze mogło być gorzej. A może po prostu na powrót zasłaniał się swoją własną naturę dobrotliwego człowieka i liczył, że wszystko się jakoś ułoży. Nie chciał jednak kusić losu i dopytywać o sprawy, które naprawdę były dla niego ważne. Biorąc pod uwagę, że nieubłaganie zbliżała się data wyprawy na wyspę, dopytywanie o los najbliższych wydawało się bardzo złym posunięciem.
— Zjem babeczkę — przystał na propozycję Millie, wyswobadzając słodkości spomiędzy jej palców. Wgryzł się w nią powoli, starając się niepotrzebnie nie ubrudzić. Wypieki z klubokawiarni to wprawdzie nie były, ale jak na domowe warunki i to, co na co dzień wychodziło spod ludzkich rąk w kuchni Warowni i tak wyszło całkiem nieźle. — Mmm... Dużo ci jeszcze zostało do przygotowania?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞