18.05.2024, 21:36 ✶
Gdyby tylko wiedział, ile wewnętrznej siły musiała mieć, żeby tak po prostu zignorować łopoczące w klatce piersiowej serce, które krzyczało “tak, tak, tak!”... Gdyby tylko wiedział, ile wysiłku kosztowało ją utrzymanie pozornego dystansu, powściągliwości i kamiennej twarzy - gdyby wiedział, zapewne by się nie wahał w niczym, co zaplanował, bo Delacour była silna, owszem, ale jednocześnie nie potrafiła przy nim udawać aż tak długo. To tak jakby ktoś kazał jej trzymać wyciągnięte do przodu ręce - z pozoru proste zadanie, czyż nie? Ale z upływem czasu mięśnie zaczynały drżeć, a mózg krzyczał żeby odpuścić. W tej relacji było tak samo: mogla trzymać wyciągnięte dłonie, by utrzymać dystans, ale im dłużej Laurence po prostu był obok, tym te ręce schodziły coraz niżej, by po prostu opaść wzdłuż ciała.
Gdy tylko poczuła jego ciepłe usta na swojej dłoni, wiedziała już że przepadła. Znowu weszła w tę pułapkę, jak mysz która wciąż i wciąż wychodzi z nory tym samym wejściem, wiedząc że tuż za rogiem ciągle czai się kot. Głupie, bo przecież powinna kazać mu ją zostawić w spokoju, przecież tak bardzo ją zranił - a teraz, gdy nagle został sam to postanowił łaskawie dać jej szansę? Lecz z drugiej strony… To co mówił o rodzinie i to co o nim wiedziała sprawiało, że natrętne podszepty podejrzliwości cichły coraz bardziej. Laurence nie był złym człowiekiem, chociaż pochodził z rodziny o… Ugruntowanych poglądach i zachowaniu. Słyszała, że niektórzy z Lestrange’ów potrafili być niezwykle okrutni, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. On jednak dał jej się poznać jako osoba ciepła, kochana i po prostu dobra. Cień uśmiechu przemknął przez jej usta. Może go adoptowali? Nie pasował do takiej Loretty czy Louvaina.
- Jak ci idzie praca w Ministerstwie? - zagadnęła z pozoru niewinnie, ale prawda była taka, że chciała trochę odwrócić od siebie uwagę. I sprawdzić czy idzie mu tak, jak ona sama słyszała. - Jest lepiej niż w Mungu?
Czy ma mniej pracy? A może więcej? A może w ogóle nocuje w budynku Ministerstwa Magii? Tego nie wiedziała, a chciałaby się dowiedzieć jak bardzo przez te lata się zmienił. Uśmiech ukryła za filiżanką z kawą, ale nie spuszczała z mężczyzny wzroku. W zasadzie mieli wiele lat do nadrobienia.
Gdy tylko poczuła jego ciepłe usta na swojej dłoni, wiedziała już że przepadła. Znowu weszła w tę pułapkę, jak mysz która wciąż i wciąż wychodzi z nory tym samym wejściem, wiedząc że tuż za rogiem ciągle czai się kot. Głupie, bo przecież powinna kazać mu ją zostawić w spokoju, przecież tak bardzo ją zranił - a teraz, gdy nagle został sam to postanowił łaskawie dać jej szansę? Lecz z drugiej strony… To co mówił o rodzinie i to co o nim wiedziała sprawiało, że natrętne podszepty podejrzliwości cichły coraz bardziej. Laurence nie był złym człowiekiem, chociaż pochodził z rodziny o… Ugruntowanych poglądach i zachowaniu. Słyszała, że niektórzy z Lestrange’ów potrafili być niezwykle okrutni, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. On jednak dał jej się poznać jako osoba ciepła, kochana i po prostu dobra. Cień uśmiechu przemknął przez jej usta. Może go adoptowali? Nie pasował do takiej Loretty czy Louvaina.
- Jak ci idzie praca w Ministerstwie? - zagadnęła z pozoru niewinnie, ale prawda była taka, że chciała trochę odwrócić od siebie uwagę. I sprawdzić czy idzie mu tak, jak ona sama słyszała. - Jest lepiej niż w Mungu?
Czy ma mniej pracy? A może więcej? A może w ogóle nocuje w budynku Ministerstwa Magii? Tego nie wiedziała, a chciałaby się dowiedzieć jak bardzo przez te lata się zmienił. Uśmiech ukryła za filiżanką z kawą, ale nie spuszczała z mężczyzny wzroku. W zasadzie mieli wiele lat do nadrobienia.