18.05.2024, 21:56 ✶
Flynn zmarszczył brwi, spoglądając na niego z góry.
- O co ci teraz chodzi? - Jak każdemu? Był w stanie domyślić się, że to jakiś wylew frustracji niekoniecznie z nim związanej, ale jednak ostatnie zdanie dodało go do tego najwyraźniej zacnego grona wywołującego w Laurencie zimne dreszcze. Ale co on takiego zrobił, żeby zostać porównanym do kogokolwiek? Nie traktował go przecież źle na Ścieżkach (no... na pewno nie gorzej niż on sam siebie), nie nawiązali tam nigdy głębszego kontaktu, a później spotkali się w okolicznościach, w których miał prawo podejrzewać niebezpieczeństwo swojej rodziny, tak? Sny i fantazje nie sprawiały przecież, że byli sobie cokolwiek winni. Tak?
Tak?
To dlaczego było mu tak źle w środku, kiedy Laurent obejmował się ramionami? Ten gest był mu tak cholernie znajomy, chociaż u niego zwiastował zwykle najgorsze - wybuch agresji lub płaczu, albo kolejna dawka zabijającego go narkotyku. Bo przecież po heroinie zawsze było ciepło, nawet w najgorszych, najbardziej upadlających człowieka chwilach. Ciepło i szczęśliwie. Co to znaczyło u Laurenta? Wyraz twarzy Flynna się nie zmienił, ale ewidentnie nie wiedział, co zrobić z rękoma nawet mimo trzymania w dłoni papierosa. Wyglądał niezręcznie i chyba tylko z tego powodu zdecydował się związać włosy - próbował jakość tę niezręczność zabić, bezskutecznie. Może i udałoby mu się to, gdyby chłopak nie wspiął się po tych schodach i nie zabrał go na dół, a on nie zrobił się czerwony na twarzy, mimo tego, że robiło się coraz chłodniej. Pospieszenie wrzucił tego papierosa do popielniczki i poszedł za nim, bo tyle mu w gruncie rzeczy wystarczyło - złapać go za rękę - wcale nie musiał mówić mu chodź.
- Nie rozumiem? Przecież wiesz, jak się nazwałem. - Nazwał się Crow. To było imię, które nadał sobie sam. To znane przez Laurenta. Rodzina mówiła do niego imieniem, które nadali mu bez jego zgody, nawiązując do znienawidzonego imienia nadanego mu przez matkę, która go porzuciła. Nie lubił go, ale nie zamierzał się o to kłócić. Alexander i Cain... znajdowali się tu poza schematem. - Nie lubisz mówić do mnie Crow? Nawet kurwa nie próbuj z tą Fantazją - zaprotestował od razu, przypominając sobie ich wcześniejsze rozmowy. - I za co mi dziękujesz? - Zadał trzecie pod rząd pytanie i ugh, od razu to zauważył. - Teraz ja zadałem trzy pytania i cholernie mnie to wk... - Chciał wykonać gest wynikający ze zdenerwowania, ale zamiast tego szarpnął trzymaną przez niego dłonią. Nie rozdzielił ich tym. Nie udało mu się to, bo bezwiednie splótł ich palce po zejściu na dół i teraz kiedy urwał w pół przekleństwa, otoczony tym jego pięknym ogrodem, stał tak kompletnie zbity z tropu, z lekko rozchylonymi wargami i milczał.
Kolejny podmuch wiatru nie rozwiał już jego włosów, a jedynie pozwolił zatańczyć na sobie kilku pojedynczym lokom, zbyt krótkim, żeby dało się zebrać je frotką.
- O co ci teraz chodzi? - Jak każdemu? Był w stanie domyślić się, że to jakiś wylew frustracji niekoniecznie z nim związanej, ale jednak ostatnie zdanie dodało go do tego najwyraźniej zacnego grona wywołującego w Laurencie zimne dreszcze. Ale co on takiego zrobił, żeby zostać porównanym do kogokolwiek? Nie traktował go przecież źle na Ścieżkach (no... na pewno nie gorzej niż on sam siebie), nie nawiązali tam nigdy głębszego kontaktu, a później spotkali się w okolicznościach, w których miał prawo podejrzewać niebezpieczeństwo swojej rodziny, tak? Sny i fantazje nie sprawiały przecież, że byli sobie cokolwiek winni. Tak?
Tak?
To dlaczego było mu tak źle w środku, kiedy Laurent obejmował się ramionami? Ten gest był mu tak cholernie znajomy, chociaż u niego zwiastował zwykle najgorsze - wybuch agresji lub płaczu, albo kolejna dawka zabijającego go narkotyku. Bo przecież po heroinie zawsze było ciepło, nawet w najgorszych, najbardziej upadlających człowieka chwilach. Ciepło i szczęśliwie. Co to znaczyło u Laurenta? Wyraz twarzy Flynna się nie zmienił, ale ewidentnie nie wiedział, co zrobić z rękoma nawet mimo trzymania w dłoni papierosa. Wyglądał niezręcznie i chyba tylko z tego powodu zdecydował się związać włosy - próbował jakość tę niezręczność zabić, bezskutecznie. Może i udałoby mu się to, gdyby chłopak nie wspiął się po tych schodach i nie zabrał go na dół, a on nie zrobił się czerwony na twarzy, mimo tego, że robiło się coraz chłodniej. Pospieszenie wrzucił tego papierosa do popielniczki i poszedł za nim, bo tyle mu w gruncie rzeczy wystarczyło - złapać go za rękę - wcale nie musiał mówić mu chodź.
- Nie rozumiem? Przecież wiesz, jak się nazwałem. - Nazwał się Crow. To było imię, które nadał sobie sam. To znane przez Laurenta. Rodzina mówiła do niego imieniem, które nadali mu bez jego zgody, nawiązując do znienawidzonego imienia nadanego mu przez matkę, która go porzuciła. Nie lubił go, ale nie zamierzał się o to kłócić. Alexander i Cain... znajdowali się tu poza schematem. - Nie lubisz mówić do mnie Crow? Nawet kurwa nie próbuj z tą Fantazją - zaprotestował od razu, przypominając sobie ich wcześniejsze rozmowy. - I za co mi dziękujesz? - Zadał trzecie pod rząd pytanie i ugh, od razu to zauważył. - Teraz ja zadałem trzy pytania i cholernie mnie to wk... - Chciał wykonać gest wynikający ze zdenerwowania, ale zamiast tego szarpnął trzymaną przez niego dłonią. Nie rozdzielił ich tym. Nie udało mu się to, bo bezwiednie splótł ich palce po zejściu na dół i teraz kiedy urwał w pół przekleństwa, otoczony tym jego pięknym ogrodem, stał tak kompletnie zbity z tropu, z lekko rozchylonymi wargami i milczał.
Kolejny podmuch wiatru nie rozwiał już jego włosów, a jedynie pozwolił zatańczyć na sobie kilku pojedynczym lokom, zbyt krótkim, żeby dało się zebrać je frotką.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.