Jedna karta między dwoma kieliszkami. Jedna szansa na sukces, jedna na dobry smak, jedna jedyna, żeby ułożyć na niej ciężar spotkania. Z kobietą przed tobą, z samym sobą, z tymi mikro uniwersum, w którym przyszło zszywać swoją rzeczywistość z innymi światami. Kolizje nie były groźne tak długo, jak długo dbałeś o ich impakt. Kataklizmy nie były pisane takim osobom jak Morpheus Longbottom, nie mogły być! Jasnowidz potrafi, jasnowidz przewidzi, zajrzy w jedno z setek rozwiązań sytuacji i znajdzie to najlepsze, najbardziej zdrowe! Gdyby tylko jasnowidzowący byli w stanie zszywać świat z dokładnie tych fragmentów, które uczynią go lepszym, to czy niedługo nie stałoby się ludzkim grzechem czynienie Raju na Ziemi? Któż mi będzie jak Bóg, kiedy Bogiem będą ci zdolni ochronić przed śmiercią? Do kogo zaniesiesz swoje modły, kiedy uchronią cię przed wypadkiem sprowadzającym na wózek? Komu przyniesiesz stosy galeonów, kiedy dostaniesz w dłoń kolejną kulę z przepowiednią i nie będzie już ślubów milczenia przed zdradzaniem tajemnic tej twojej, tej jedynej? Bóg ma dokładnie taką moc, do jakiej ograniczy go człowiek. Jedni mówią o wszechmogącym, czarodzieje bardziej trzeźwo o Matce, która nie zmieni naturalnego stanu rzeczy - nie odwróci śmierci od biegu życia i nie da jasnowidzom mocy nadprzyrodzonej. Tam, gdzie pojawiała się chęć czynienia dobra tam zawsze zapalała się czarna latarnia pochłaniająca światło. Tak musiało być. Świat dążył do równowagi, tylko nie zawsze równoważył sprawiedliwie. Jedni musieli stracić, żeby zyskali inni. Więc ile można było zyskać bądź stracić kartą pomiędzy tymi dwoma światami? Lampkami wina, niby heroldami przeciwnych sił, którzy beznamiętnie przyglądali się stawionej wróżbie. Lub czemuś innemu? Może ważniejsza od wróżby była reakcja. Sprawdzenie, czy dążysz bezkompromisowo do swojego przeznaczenia, czy może jednak zaczniesz z nim walczyć.
Ktoś gdzieś pasował, a innym razem nie pasował wcale. Morpheus był dżentelmenem na salonach - mógłby wejść na scenę, stanąć obok tej rudowłosej piękności i pasowaliby do siebie doskonale. Wziąłby ją pod ramię, zakręcił kartą między swoimi palcami, całkowicie zręcznie. Magia kart - pewnie by zniknęła w rękawie. Przyszłość byłaby niepotrzebna do przepowiadania i nic nie wymagałoby poprawiania, ratowania - dama zasiadłaby do jego stolika i zostałby jej przesunięty ten dar życia - ten płyn o głębokiej barwie burgundu, który rozanielał. Tak, pasował tutaj. Kilka słodkich słówek i ten wieczór miałby równie słodkie zakończenie. Inne od tej damy, co traciła wyślizgując się z objęć obiecywanej rozkoszy. Musiało jej się nie spodobać to, co widzi, ale chyba nie w twarzy przed sobą? Pewnie to, co szepnął jej diabeł na piekielnej karcie. Nie zobaczyła tam wyniku przyszłości, który się jej spodobał? Lub zobaczyła właśnie to, czego chciała. Więc poszła wypełniać przeznaczenie, które wykwitło do jej marzenia.
Słońce przyciągało do siebie boskość. Wabiło do siebie anioły, bo nawet Ikar zaufał jego pięknu i dał się zwabić jego ciepłu. Anielskość nie musiała mieć formy wina - zakradła się miękkim puchem do umysłu i wabiła do siebie miękkością doznań. Przyciąganie zwrotne, kiedy wiesz, że tego wieczoru, przynajmniej na te kilka chwil, nie znajdziesz drugiego takiego uśmiechu i nie umkniesz przed takim spojrzeniem. To mogły być czyste łowy - przekonanie się, czy zwrotnie da się roztopić samo słońce - kiedy wybuchnie to jak będzie się uśmiechało? Kiedy odnajdzie swoje przeznaczenie jak odmieni się jego spojrzenie? To przecież nie był żaden wybór - Laurent nie grał w karty. Nie nadawałby się do pokera, przecież jego niewinna twarz zdradziłaby wszystko. Prawda? Nie mógł wróżyć z tarota, bo był tu i teraz - nie miał zbyt bystrego wzroku, więc jak mógłby dojrzeć świat poza tymi ramami, w którą ją ujęto? Impakt uniwersum nastąpił wtedy, kiedy uśmiech został odwzajemniony, a Laurent podniósł się ze swojego miejsca, wziął swoją szklankę wody i swój płaszcz z oparcia krzesła, by wykorzystać te swoje długie nogi. Pozwolił im się ponieść do stolika Króla Snów.
- Miło cię widzieć, Morpheuszu. - Mężczyzna, z którym łączyło go tyle, co znajomość imion i wymienione "dzień dobry" na czerwonych dywanach, między złotem i srebrem zastaw i zdobień. Złoto to teraz objawiało się w łańcuszku Morpheusa. Objawiało się też w złocie delikatnej biżuterii, która dopełniania welurowe zdobienia koszuli, jaką miał na sobie Laurent, której barwy przenikały się ze sobą gładko jakby miały upodobniać go do morskiej fali, kończąc się bielą przy głębszym dekolcie. - Można się dosiąść, czy oczekujesz kogoś? - Zmiana ról.