19.05.2024, 09:41 ✶
Przewróciła oczami na słowa Antka. Nie zamierzała komentować - w ogóle Rose w tej całej dziwnej rozmowie decydowała się nad wyraz często na brak komentarza, ograniczając się do dość plastycznej, wyrazistej mimiki twarzy.
- Wtedy problem byłby z głowy - odezwała się niewinnie, gdy Anthony rzucił, że dziadek by go zabił. Dodała do tego trzepot rzęs, a uśmiech ukryła za szklanką z wodą. Mogła wyglądać niewinnie i uroczo, ba - często się tak zachowywała, bo przecież z natury była dobra, ale Anthony naprawdę nadepnął jej na odcisk tymi zaręczynami. I tak, ona sama też nie podejrzewała, że się zgodzi. Cholera jasna, nawet nie miała pojęcia, czemu to zrobiła. Presja? Głupota? Chyba to drugie. Rose była dość krytyczna wobec siebie, więc śmiało mogła stwierdzić, że czasem działała... Dość impulsywnie. Tak jak teraz, gdy Stanley wspomniał coś o szanowaniu ich dziadka. Spojrzenie Greengrassówny stwardniało, a ona sama zgasiła papierosa w popielniczce, nie spuszczając ze starszego Borgina wzroku. - Chyba się pan zapomina, panie Borgin.
Powiedziała hardo, lekko unosząc głowę. Nie spodobał jej się ton, którym się do niej zwracał. Pretensjonalny, pokazujący swoją wyższość. Bo co, bo mieli inaczej na nazwisko? Bo byli lepsi? Bo byli mężczyznami? Rose miała alergię na tego typu odzywki.
- Żadna część mojej wypowiedzi nie wyrażała braku szacunku, ale skoro tak mamy rozmawiać i doszukiwać się w prostych słowach drugiego dna, to po co w ogóle tu jestem? - Rose zmrużyła lekko oczy, wykrzywiając odrobinę usta w niezadowoleniu. A już zaczynała starszego Borgina lubić. Cóż, nigdy nie mówiła, że ma nosa do ludzi, a ta cała sytuacja tylko potwierdzała jej przypuszczenia. - Nie lubię się powtarzać, już wyjaśniłam wcześniej, czemu nie zerwaliśmy wcześniej. Anthony chciał porozmawiać właśnie z panem, wziął mnie tu z zaskoczenia. Najwyraźniej nie mnie przydałaby się reprymenda, przyszłam tu, bo jak słusznie pan zauważył, rozchodzi się tu też nie o moją reputację.
Powiedziała złośliwie, chociaż tonem pozornie neutralnym, wędrując wzrokiem od jednego Borgina do drugiego. Od razu zmieniła też front, wracając do panowania. Skoro tak chciał, proszę bardzo.
- Nie chcę, bo ich nie potrzebuję. Cała ta sytuacja pokazuje, że mężczyźni to tylko kłopoty, Anthony. Odciągają uwagę od tego, co ważne. Jestem naukowcem, Anthony, moje życie zostało ułożone w chwili, w której się urodziłam.
Wyjaśniła tak, że nie wyjaśniła wcale tego, co miała na myśli. Rzuciła ochłap, chociaż prawdziwy, bo przecież o to chodziło - ona miała się skupić na nauce, na zmianie świata na lepsze, a nie na romansach.
Na kolejne słowa Antka westchnęła. A ten znowu co wymyślił? Miała wrażenie, że to spotkanie było bez sensu. Chyba faktycznie powinni po prostu zerwać zaręczyny i tyle. Przekupić... To nie wchodziło w grę. Nie miała takich pieniędzy. Czy oni mieli? Nie wiedziała. Ale jeśli chcieli, to proszę bardzo. Rose skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, nie zaszczycając Stanleya odpowiedzią. Niech jego braciszek się teraz gimnastykuje - ona poczuła się dotknięta tymi insynuacjami, nie zamierzała kontynuować słownych przepychanek. A po prawdzie to wolałaby po prostu wyjść.
- Wtedy problem byłby z głowy - odezwała się niewinnie, gdy Anthony rzucił, że dziadek by go zabił. Dodała do tego trzepot rzęs, a uśmiech ukryła za szklanką z wodą. Mogła wyglądać niewinnie i uroczo, ba - często się tak zachowywała, bo przecież z natury była dobra, ale Anthony naprawdę nadepnął jej na odcisk tymi zaręczynami. I tak, ona sama też nie podejrzewała, że się zgodzi. Cholera jasna, nawet nie miała pojęcia, czemu to zrobiła. Presja? Głupota? Chyba to drugie. Rose była dość krytyczna wobec siebie, więc śmiało mogła stwierdzić, że czasem działała... Dość impulsywnie. Tak jak teraz, gdy Stanley wspomniał coś o szanowaniu ich dziadka. Spojrzenie Greengrassówny stwardniało, a ona sama zgasiła papierosa w popielniczce, nie spuszczając ze starszego Borgina wzroku. - Chyba się pan zapomina, panie Borgin.
Powiedziała hardo, lekko unosząc głowę. Nie spodobał jej się ton, którym się do niej zwracał. Pretensjonalny, pokazujący swoją wyższość. Bo co, bo mieli inaczej na nazwisko? Bo byli lepsi? Bo byli mężczyznami? Rose miała alergię na tego typu odzywki.
- Żadna część mojej wypowiedzi nie wyrażała braku szacunku, ale skoro tak mamy rozmawiać i doszukiwać się w prostych słowach drugiego dna, to po co w ogóle tu jestem? - Rose zmrużyła lekko oczy, wykrzywiając odrobinę usta w niezadowoleniu. A już zaczynała starszego Borgina lubić. Cóż, nigdy nie mówiła, że ma nosa do ludzi, a ta cała sytuacja tylko potwierdzała jej przypuszczenia. - Nie lubię się powtarzać, już wyjaśniłam wcześniej, czemu nie zerwaliśmy wcześniej. Anthony chciał porozmawiać właśnie z panem, wziął mnie tu z zaskoczenia. Najwyraźniej nie mnie przydałaby się reprymenda, przyszłam tu, bo jak słusznie pan zauważył, rozchodzi się tu też nie o moją reputację.
Powiedziała złośliwie, chociaż tonem pozornie neutralnym, wędrując wzrokiem od jednego Borgina do drugiego. Od razu zmieniła też front, wracając do panowania. Skoro tak chciał, proszę bardzo.
- Nie chcę, bo ich nie potrzebuję. Cała ta sytuacja pokazuje, że mężczyźni to tylko kłopoty, Anthony. Odciągają uwagę od tego, co ważne. Jestem naukowcem, Anthony, moje życie zostało ułożone w chwili, w której się urodziłam.
Wyjaśniła tak, że nie wyjaśniła wcale tego, co miała na myśli. Rzuciła ochłap, chociaż prawdziwy, bo przecież o to chodziło - ona miała się skupić na nauce, na zmianie świata na lepsze, a nie na romansach.
Na kolejne słowa Antka westchnęła. A ten znowu co wymyślił? Miała wrażenie, że to spotkanie było bez sensu. Chyba faktycznie powinni po prostu zerwać zaręczyny i tyle. Przekupić... To nie wchodziło w grę. Nie miała takich pieniędzy. Czy oni mieli? Nie wiedziała. Ale jeśli chcieli, to proszę bardzo. Rose skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, nie zaszczycając Stanleya odpowiedzią. Niech jego braciszek się teraz gimnastykuje - ona poczuła się dotknięta tymi insynuacjami, nie zamierzała kontynuować słownych przepychanek. A po prawdzie to wolałaby po prostu wyjść.