19.05.2024, 10:17 ✶
Pobyt w Carlise utwierdził Brennę w przekonaniach na temat trzech spraw.
Po pierwsze, Owena Bagshota na pewno tak nie ma i ktokolwiek pomyślał inaczej, jest idiotą.
Po drugie, na to cholerne miejsce rzucono jakieś ochronne zaklęcie, którą coś bardzo popsuło, a Basilius sugerował, że w tym celu złożono ofiarę z człowieka.
Po trzecie, trup w lesie, tropy w lesie i ruiny w lesie sugerowały, że trzeba sprawdzić las i nic jej nie obchodziło, co inni o tym myślą, weszłaby tam choćby sama. Chociaż wyglądało na to, że nie tylko ona wpadła na ten pomysł.
– Sebastian! – zawołała na widok Macmillana, gdy spotkali się na skraju puszczy, mającej być śladami po legendarnym Inglewood. Wysforowała nieco na przód zostawiając za sobą Basiliusa, a kierując się ku egzorcyście, między pierwsze drzewa. – Widziałeś gdzieś Patricka Stewarda?
Potrzebowała znaleźć Patricka, do licha, i opowiedzieć mu o… wszystkim. Cokolwiek chciał sprawdzać w nocy, na pewno już to sprawdził, a nie mógł biegać sobie po ośrodku, nie wiedząc o ofiarach, jelitach na drzewach i innych rzeczach. Nim jednak Brenna zdążyła usłyszeć odpowiedzieć…
…pojawił się mąż Tary Robert.
Spodziewała się go, nie rozpoznała jednak: nie wiedziała, jak wygląda. I ten spodziewany tutaj mężczyzna zrobił coś absolutnie niespodziewanego.
Brenna obróciła się na dźwięk krzyków, wydobywając różdżkę. Ziemia drżała, rośliny szalały i nagle było absolutnie jasne, co spotkało człowieka, którego ciało znalazła w lesie: poszatkował go sam ośrodek Windermere, a potem pożarł jego trupa. Najpierw chciała się rzucić ku Robertsowi, porywanemu przez gałęzie, ale roślinność niemal natychmiast zagrodziła jej drogę – chwilę później krzaki zaczęły gęstnieć, odgradzając ich też od Basiliusa i Isaacka.
– Isaack?! Basilius?!
Może powinna od razu spróbować wyciąć gałęzie, ale zawahała się, niepewna nagle, bo wyglądało to tak, jakby ośrodek Windermere i tutejsza natura odpowiadały na atak na siebie. Czy nie podsyci tylko gniewu lasu? W tej chwili byłaby nawet skłonna uwierzyć, że to faktycznie magiczna knieja Inglewood, w której król Artur i jego rycerze napotkali tyle dziwów. I nawet jeśli miała wcześniej wątpliwości, czy walka z roślinnością nie wywoła tylko jeszcze gwałtowniejszej reakcji, to teraz nie miała już wyboru: mogła albo walczyć, albo od razu dać się zadusić gałęzi.
– Tak, wiem! – odkrzyknęła krótko Sebastianowi, bo na dłuższe dyskusje na temat tego, że sam tutaj przyszedł i został, i że nie miała z tym nic wspólnego, nie było czasu. Bohaterka? Cholera, nie miała pojęcia nawet, jak ocalić teraz nawet siebie – czy jeśli potnie to drzewo na kawałki, dziesięć innych nie ruszy do ataku, bo jak walczyć z lasem, będąc w lesie, czy jeśli wyczaruje własne pnącza, magia puszczy nie przejmie nad nimi kontroli i nie zaczną ich atakować, i tak dalej – a miałaby dać radę ratować innych?
Najpierw spróbowała więc umknąć przed gałęzią, a jeśli ta i tak po nią sięgała to... machnęła różdżką, usiłując zamrozić i w ten sposób unieruchomić sięgające ku niej gałęzie, bo coś zrobić musiała, nawet jeśli nie chciała na razie niszczyć. Mogła też w teorii po prostu stać i liczyć, że jeśli nie będzie agresywna to las się uspokoi, ale po pierwsze, to było po prostu wbrew jej instynktowi. Po drugie… Macmillan na razie nie atakował, więc mieli szansę sprawdzić, które podejście będzie skuteczniejsze.
Jeśli jemu uda się wyrwać, za to drzewa poszatkują ją tak jak tamtego człowieka, to przynajmniej pozostała dwójka będzie już wiedziała, czego nie robić, prawda?
kształtowanie, próba unieruchomienia gałązek morderczych konarów
@Sebastian Macmillan @Pereginus Trelawney
Po pierwsze, Owena Bagshota na pewno tak nie ma i ktokolwiek pomyślał inaczej, jest idiotą.
Po drugie, na to cholerne miejsce rzucono jakieś ochronne zaklęcie, którą coś bardzo popsuło, a Basilius sugerował, że w tym celu złożono ofiarę z człowieka.
Po trzecie, trup w lesie, tropy w lesie i ruiny w lesie sugerowały, że trzeba sprawdzić las i nic jej nie obchodziło, co inni o tym myślą, weszłaby tam choćby sama. Chociaż wyglądało na to, że nie tylko ona wpadła na ten pomysł.
– Sebastian! – zawołała na widok Macmillana, gdy spotkali się na skraju puszczy, mającej być śladami po legendarnym Inglewood. Wysforowała nieco na przód zostawiając za sobą Basiliusa, a kierując się ku egzorcyście, między pierwsze drzewa. – Widziałeś gdzieś Patricka Stewarda?
Potrzebowała znaleźć Patricka, do licha, i opowiedzieć mu o… wszystkim. Cokolwiek chciał sprawdzać w nocy, na pewno już to sprawdził, a nie mógł biegać sobie po ośrodku, nie wiedząc o ofiarach, jelitach na drzewach i innych rzeczach. Nim jednak Brenna zdążyła usłyszeć odpowiedzieć…
…pojawił się mąż Tary Robert.
Spodziewała się go, nie rozpoznała jednak: nie wiedziała, jak wygląda. I ten spodziewany tutaj mężczyzna zrobił coś absolutnie niespodziewanego.
Brenna obróciła się na dźwięk krzyków, wydobywając różdżkę. Ziemia drżała, rośliny szalały i nagle było absolutnie jasne, co spotkało człowieka, którego ciało znalazła w lesie: poszatkował go sam ośrodek Windermere, a potem pożarł jego trupa. Najpierw chciała się rzucić ku Robertsowi, porywanemu przez gałęzie, ale roślinność niemal natychmiast zagrodziła jej drogę – chwilę później krzaki zaczęły gęstnieć, odgradzając ich też od Basiliusa i Isaacka.
– Isaack?! Basilius?!
Może powinna od razu spróbować wyciąć gałęzie, ale zawahała się, niepewna nagle, bo wyglądało to tak, jakby ośrodek Windermere i tutejsza natura odpowiadały na atak na siebie. Czy nie podsyci tylko gniewu lasu? W tej chwili byłaby nawet skłonna uwierzyć, że to faktycznie magiczna knieja Inglewood, w której król Artur i jego rycerze napotkali tyle dziwów. I nawet jeśli miała wcześniej wątpliwości, czy walka z roślinnością nie wywoła tylko jeszcze gwałtowniejszej reakcji, to teraz nie miała już wyboru: mogła albo walczyć, albo od razu dać się zadusić gałęzi.
– Tak, wiem! – odkrzyknęła krótko Sebastianowi, bo na dłuższe dyskusje na temat tego, że sam tutaj przyszedł i został, i że nie miała z tym nic wspólnego, nie było czasu. Bohaterka? Cholera, nie miała pojęcia nawet, jak ocalić teraz nawet siebie – czy jeśli potnie to drzewo na kawałki, dziesięć innych nie ruszy do ataku, bo jak walczyć z lasem, będąc w lesie, czy jeśli wyczaruje własne pnącza, magia puszczy nie przejmie nad nimi kontroli i nie zaczną ich atakować, i tak dalej – a miałaby dać radę ratować innych?
Najpierw spróbowała więc umknąć przed gałęzią, a jeśli ta i tak po nią sięgała to... machnęła różdżką, usiłując zamrozić i w ten sposób unieruchomić sięgające ku niej gałęzie, bo coś zrobić musiała, nawet jeśli nie chciała na razie niszczyć. Mogła też w teorii po prostu stać i liczyć, że jeśli nie będzie agresywna to las się uspokoi, ale po pierwsze, to było po prostu wbrew jej instynktowi. Po drugie… Macmillan na razie nie atakował, więc mieli szansę sprawdzić, które podejście będzie skuteczniejsze.
Jeśli jemu uda się wyrwać, za to drzewa poszatkują ją tak jak tamtego człowieka, to przynajmniej pozostała dwójka będzie już wiedziała, czego nie robić, prawda?
kształtowanie, próba unieruchomienia gałązek morderczych konarów
Rzut W 1d100 - 32
Sukces!
Sukces!
Rzut W 1d100 - 82
Sukces!
Sukces!
@Sebastian Macmillan @Pereginus Trelawney
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.