- W porządku. - Taka odpowiedź też mu wystarczyła. Tak jak zawsze. To, co najlepiej leżało na ustach. Nie droczył się z nim dalej o tę fantazję, bo widział te jego pieskie spojrzenie, które się gubiło, jakby w coś wątpił, gdzieś w środku... w siebie samego? W to, że ktoś był dociekliwy? Laurent uważał na siebie samego, bo wiedział, że potrafił być wręcz napastliwy w swoich dociekaniach. Jak słusznie mu zostało już powiedziane - nie był zadowolony z odpowiedzi, dopóki nie usłyszał takiej, jaką usłyszeć chciał. Niby sam się wzbraniał, że interesowała go tylko prawda, ale podważał siebie samego w tym stwierdzeniu, bo czy na pewno? Czy na pewno nie wolał usłyszeć kłamstwa, jeśli doskonale wypełniała ona jego rzeczywistość.
Crow nie pachniał różami, nie pachniał piżmem, nie pachniał morzem. Pachniał rozgrzaną skórą, nadmiarem nikotyny, skórą, jaką nosił. Kąpiel w promieniach słonecznych dodałaby do tego pewnie woń potu. Laurent jak księżniczka - wolał, kiedy wszystko pachniało różami i fijołkami, ale jednocześnie pracował wokół zwierząt. Niektóre widoki i zapachy wymagały interwencji osób trzecich, bo przecież ta memła, jaką był, nie nadawała się do rzeczy nadmiernie drastycznych, żeby zaraz nie zwalało go z nóg. Mimo to nie wymieniłby teraz Crowa na żadnego innego wypachnionego paniczyka. Nie postawiłby zamiast tego Nicholasa, Philipa, nie szukałby wzrokiem przeklętego Kaydena. Czy Crow też czuł się tak bezpiecznie, czy może wręcz przeciwnie? Chował swoją twarz i wydawał się sam chcieć schować w objęciach. I sam chciał zsunąć dłonie na jego plecy, ale wtedy Edge się odsunął. Trochę, nieznacznie, ale jednak. Wystarczająco, żeby te gorące ręce przestały go obejmować i teraz skrywały jego twarz. Zniszczoną twarz, która zasługiwała na odnowienie. Na uśmiech, cholerny uśmiech i więcej życia, a nie wiecznie smutne oczy. Aż zadrżało z niepokoju jego serce, kiedy usłyszał te słowa. Dowód na to, że Flynn też za dużo myślał i miał za duże skłonności do tego, żeby wątpić w siebie, swoją wartość. Więc zamiast bo obejmować to złapał jego dłonie, jedną z tych, co przytrzymywały róże i odciągnął je - najpierw gestem, żeby sprawdzić, czy w ogóle Fleamont chce wychodzić z tej strefy komfortu, w jakiej spróbował się skryć.
- Głuptasku... - Jego głos był teraz ciepły jak lipcowy miód, jak promienie słońca grające na skórze między koronami drzew. - Skrzywdziłeś mnie, kiedy powiedziałeś, że nie jesteś częścią mojego świata. Ponieważ sam, dobrowolnie, odciąłeś się i odsunąłeś. - Jak bardzo opatrznie mogło zostać coś odczytane przez drugą stronę mieli dowód właśnie tu i teraz. Ale to nic. Laurentowi nie brakowało cierpliwości, brakowało mu czasami tylko wytrzymałości emocjonalnej. I zdecydowanie za często brakowało mu mądrości, żeby niektórym tematom podołać. Teraz to on przygarnął do siebie Edga w ramiona. - Nie da się nie krzywdzić ludzi, Crow, kiedy odpychasz ludzi, do których się zbliżyłeś. - Chyba nie musiał mu tego tłumaczyć, ale czasami usłyszenie bolesnej prawdy na głos, wypowiedzianej przez kogoś innego, było potrzebne. - Bardziej boisz się kogoś zranić czy bycia zranionym? - To było pytanie retoryczne.