Nie rozumiałam jego niepokojów związanych z Longbottomami.
— Przecież pracujesz u nich. Wiedzą, że nie możesz teraz mieszkać w swoim domu. Zapewnienie zakwaterowania to naturalna kolej rzeczy... szczególnie, że mają miejsce do tego, prawda? Jesteś ich ogrodnikiem, więc mieszkasz w domku ogrodnika.
Po chwili dopiero połączyłam kropki. Mieszkał u Longbottomów. Czy jeśli bym kiedyś go odwiedziła, to istniała szansa, że zobaczyłabym pana Longbottoma? Przechadzającego się po swoim ogrodzie? Siedzącego na werandzie i pogrążonego w lekturze? Czy mogłabym udawać, że szkicuję krajobraz, podczas gdy wytężałabym wzrok kreśląc jego sylwetkę?
O tym myślałam podczas chwili milczenia. Ale jak to w życiu bywa, gdzie dwóch ludzi, tam i konwersacja.
— Oh, tak. To naprawdę interesujące miejsce... Ale trzeba stawać przed każdym z luster powoli... bo niektóre pokazują naprawdę... niepokojące rzeczy. Wiesz, patrzysz w swoje odbicie a wyglądasz zupełnie inaczej... Masz inne ubrania, albo nawet inną płeć, albo... nie żyjesz.
Zacisnęłam usta przy tym ostatnim, starając sobie nie przypominać traumatycznego widoku odpadającej skóry. Zamiast tego skupiłam się na robieniu tego z jabłkiem, czyli odcinaniu jego skóry... Ale szybko przestałam zdając sobie sprawę, co robię. Odłożyłam jabłko i nożyk, i wcisnęłam ręce pod pupę. Nie chciałam widzieć swoich paskudnych palców.
— Uhm, ciekawe kiedy Lysander wróci...
Wychyliłam się, że niby to zerkam przez okno.