— Masz rację, zapewne nauczę się takich rzeczy... chociaż przyznam, że nie myślę o tym teraz zbytnio. Nawet nie zależy mi na tym, żeby komiksy się ruszały. Jest coś w tym bezruchu... No i to też sztuka, żeby narysować dynamiczną scenę w tylko jednym ujęciu tak, żeby oddać ruch. Gdyby to zanimować zaklęciem... to trochę traci.
Zaczęłam się też zastanawiać, jakby wyglądało tworzenie magicznych filmów animowanych. Zaczarowane obrazy żyły swoim życiem, ale już zdjęcia odgrywały w kółko ten sam scenariusz. Jakiej długości mógł być ten skrypt?
— Oh, tak, pewnie, pokażę ci coś któregoś dnia... — Kiwnęłam głową. Będę musiała przygotować w końcu osobną teczkę z pracami, które mogę pokazać osobom trzecim. Bo wiele z nich to tylko szkice, studium, eksperymentalne rysunki... Takie pokazuję czasem babci i Lysandrowi, żeby otrzymać konstruktywną informację zwrotną. Samowi bym ich nie pokazała, bo i po co... no i też raczej nie musiałby widzieć moich studiów nad panem Longbottomem.
— Bohaterami? — Wyrwałam się z zamyślenia. Zawstydzenie uległo rozbawieniu. Spojrzałam na Sama. — A cóż takiego moglibyśmy tam robić? Szczególnie ja... Nie jestem typem poszukiwacza przygód, a gdybym w jakieś została wplątana, szybko bym uciekła. Chyba, że byłaby to historia o eksterminacji gnomów z ogrodu — roześmiałam się.