19.05.2024, 15:14 ✶
Naprawdę był głupi, że tak pomyślał? Dla niego ta interpretacja była oczywista tak jak nadchodząca tutaj burza.
- Jasne, nazywaj mnie pieszczotliwie idiotą, pewnie masz rację, więc nie zamierzam się bronić. - Ale tak szczerze...? To on zdążył o tej burzy zapomnieć. Jasne, że wiało. Jasne, że było mu coraz chłodniej, a koszulka odsłaniająca brzuch wcale nie pomagała mu z zetknięciach z rześkimi powiewami letniego wiatru. Nie pamiętał o tej burzy z tego prostego powodu - bardzo skupił się na słowach Laurenta. Nawet nie tylko słowach... Na całej jego osobie. Czekał w nich na jakieś objawienie, na jakiś znak, że ma stąd wypieprzać i więcej się nie pokazywać, ale Laurent wciąż go analizował, nie dając żadnego wytłumaczenia na rzeczywistość, jaką tu zastał i próbował rozszyfrować. - I tak jesteś cholernie niezrozumiały. - Albo on nie potrafił go zrozumieć. Pewnie znowu doszukiwał się w tym wszystkim o wiele więcej niż powinien, ale taką już miał przecież naturę. Kiepski był za to w zadawanie pytań, ale najwyraźniej nie miał szans na dowiedzenie się tego inaczej. - Jak... kiedy się od ciebie odciąłem i odsunąłem? Co zrobiłem nie tak? - Wrócił do początku tej rozmowy, kiedy go Prewett wrzucił do worka z jak każdym. Chodziło mu o to, jak bardzo nie mógł się powstrzymać od patrzenia na niego? Od tego jak łatwo przyszła do niego radość płynąca z tego, że to akurat Laurent mógłby nadać jego życiu jakieś głębsze znaczenie niż wieczne ściąganie nieszczęścia na ludzi, których kochał?
Nie opierał się zabraniu mu rąk z twarzy. Generalnie nigdy nie opierał się przecież żadnemu jego dotykowi.
- Ty zwyczajnie lubisz, jak się miotam - oznajmił wreszcie, krótko po tym wszystkim, co z siebie teraz wydusił. To stwiedzenie nie sprawiło jednak, aby nabrał chęci odejścia, zanim usłyszy cokolwiek, co mógłby sobie zapisać w głowie obok tej ślicznej twarzy, za której posiadanie ciągle go gnoił.
Ile złego o nim wiedział? Że był samolubny, nieszczery. Że manipulował wypowiedziami o wiele sprawniej i świadomiej od niego. Coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Laurent byłby cholernie złym panem jego serca, ale miał z tym sercem taki problem, że niekoniecznie potrafił je kontrolować. Mógł tu nie wracać, rysować sobie te obrazki z pięknym domem w nieskończoność. Egzystowałby w błogiej nieświadomości tego jak wiele potrafił puścić mimo uszu, póki te oczy wpatrywały się w niego, te dłonie dotykały jego ciała, a te słowa, jakiekolwiek by nie były, Laurent kierował tylko i wyłącznie do jego uszu. Tylko on mógł się w nim dzisiaj topić. Jutro mogłoby odbyć się tutaj przyjęcie, na które zaproszą każdego jego przyjaciela, a jego nie, ale dzisiaj stał tutaj i był trzymany za dłonie - czasami niewiele wystarczyło, żeby jego głowa nie wyrywała się we wszystkie strony, w których mógł znaleźć coś lepszego lub gorszego niż ta chwila.
- Jasne, nazywaj mnie pieszczotliwie idiotą, pewnie masz rację, więc nie zamierzam się bronić. - Ale tak szczerze...? To on zdążył o tej burzy zapomnieć. Jasne, że wiało. Jasne, że było mu coraz chłodniej, a koszulka odsłaniająca brzuch wcale nie pomagała mu z zetknięciach z rześkimi powiewami letniego wiatru. Nie pamiętał o tej burzy z tego prostego powodu - bardzo skupił się na słowach Laurenta. Nawet nie tylko słowach... Na całej jego osobie. Czekał w nich na jakieś objawienie, na jakiś znak, że ma stąd wypieprzać i więcej się nie pokazywać, ale Laurent wciąż go analizował, nie dając żadnego wytłumaczenia na rzeczywistość, jaką tu zastał i próbował rozszyfrować. - I tak jesteś cholernie niezrozumiały. - Albo on nie potrafił go zrozumieć. Pewnie znowu doszukiwał się w tym wszystkim o wiele więcej niż powinien, ale taką już miał przecież naturę. Kiepski był za to w zadawanie pytań, ale najwyraźniej nie miał szans na dowiedzenie się tego inaczej. - Jak... kiedy się od ciebie odciąłem i odsunąłem? Co zrobiłem nie tak? - Wrócił do początku tej rozmowy, kiedy go Prewett wrzucił do worka z jak każdym. Chodziło mu o to, jak bardzo nie mógł się powstrzymać od patrzenia na niego? Od tego jak łatwo przyszła do niego radość płynąca z tego, że to akurat Laurent mógłby nadać jego życiu jakieś głębsze znaczenie niż wieczne ściąganie nieszczęścia na ludzi, których kochał?
Nie opierał się zabraniu mu rąk z twarzy. Generalnie nigdy nie opierał się przecież żadnemu jego dotykowi.
- Ty zwyczajnie lubisz, jak się miotam - oznajmił wreszcie, krótko po tym wszystkim, co z siebie teraz wydusił. To stwiedzenie nie sprawiło jednak, aby nabrał chęci odejścia, zanim usłyszy cokolwiek, co mógłby sobie zapisać w głowie obok tej ślicznej twarzy, za której posiadanie ciągle go gnoił.
Ile złego o nim wiedział? Że był samolubny, nieszczery. Że manipulował wypowiedziami o wiele sprawniej i świadomiej od niego. Coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Laurent byłby cholernie złym panem jego serca, ale miał z tym sercem taki problem, że niekoniecznie potrafił je kontrolować. Mógł tu nie wracać, rysować sobie te obrazki z pięknym domem w nieskończoność. Egzystowałby w błogiej nieświadomości tego jak wiele potrafił puścić mimo uszu, póki te oczy wpatrywały się w niego, te dłonie dotykały jego ciała, a te słowa, jakiekolwiek by nie były, Laurent kierował tylko i wyłącznie do jego uszu. Tylko on mógł się w nim dzisiaj topić. Jutro mogłoby odbyć się tutaj przyjęcie, na które zaproszą każdego jego przyjaciela, a jego nie, ale dzisiaj stał tutaj i był trzymany za dłonie - czasami niewiele wystarczyło, żeby jego głowa nie wyrywała się we wszystkie strony, w których mógł znaleźć coś lepszego lub gorszego niż ta chwila.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.