Lubił mieć rację, chyba jak każdy? Albo i nie. Lubił trafiać ze swoimi zgadywaniami, ale pomyłki też coś budowały. Zapraszały do tego, że spróbować jeszcze raz, trafniej, żeby się uczyć, żeby poznawać, żeby wspinać się na wyżyny samego siebie. W zupełnym przeciwieństwie do tego, czego pragnął i co potrzebował osiągnąć. Nie myśleć. Edge już mu to ofiarował - to niemyślenie. Pozwolił mu się zatopić w tej absolutnej pustce i to było tak bardzo wyzwalające. Khatarsis. Coś, czego nie dał mu nikt inny - czy ten mężczyzna był tego świadom? Pytanie, na ile Laurent sam był świadom tego, że ta gierka, chociaż słodziutka, to przecież nie musiała mieć żadnych dobrych konsekwencji dla żadnego z nich. Wywracała dwa różne światy do góry nogami, bo stykała przeciwne sobie uniwersa gdzieś pośrodku drogi i nagle nakazywała odnaleźć się snom o pięknym aniele ze snami o aniele zniszczonym i upadłym. To był już wtedy diabeł, czy nadal nie..? Jakiś demon, którego spotykasz w cyrku pod maską i którego nie chcesz spotkać nocą w ciemnej uliczce?
- Jesteś inteligentny i mądry. Czasem ewidentnie pchasz swoje myśli w kierunku katastrof i porzuceń. - Nie musiał go znać od początku książki do drugiej strony okładki, żeby być świadomym tego, że nie jest idiotą, ale nie zamierzał zaprzeczać - komplement zawsze brzmiał lepiej niż zaprzeczenie, prawda? Flynn był bardzo inteligentną bestią, chociaż inteligencja i mądrość życiowa niekoniecznie chodziły ze sobą w parze. Tego drugiego też w niektórych aspektach mu nie brakowało i jego słowa potrafiły być antidotum i trucizną. Kolejna rzecz, której może nie był świadom - przynajmniej z tym antidotum. Bo niewątpliwie celowo potrafił kąsać. Taka to więc była książka Fleamonta Bella albo Crowa. Ich obu. Gdzieś pośrodku zapałętał się Edge - jak zagubione dziecko ich obu. - Czasem mam wrażenie, że mógłbym prowadzić monolog przez godzinę i dopiero na końcu zapytać "rozumiesz"? - To była autokrytyka, ale przeczenie też temu, że potrafił zawsze zrozumiale się wypowiadać było nietrafionym. - Cytuję "szkoda, ale nie jestem częścią twojego świata". - No może nie słowo w słowo, ale sens chyba został zachowany. - Co chciałeś osiągnąć tym zdaniem, jeśli nie postawić linię? - Pierdolnąć nią wręcz. Tak, Laurent dopytywał nawet mimo tego, że Flynn drżał. Rozmawiał na ten temat, mimo że pewnie łatwiej i wygodniej byłoby nie rozmawiać o tym wcale. Nie chciał go dręczyć, nie chciał być mu katem - za to szukał zrozumienia i chciał mu podarować to zrozumienie jego własnych słów. Trudno było mu uwierzyć, że Flynn je rzucił tak o... Nie, wróć. To nawet nie byłoby trudne uwierzyć, że rzucił je bez pomyślunku, ale podświadomie, według niego i tak granica była budowana. Ale może się mylił, może znów celował źle.
- Nie. Chociaż... trochę tak. - Uśmiechnął się łagodnie. - Odnoszę wrażenie, że wtedy jesteś bardziej otwarty i skłonny do rozmów bez krycia się za dziesiątkami murów, przez które muszę się przebijać. Chciałbym cię poznać, dlatego mam dziesiątki pytań. Tylko kiedy pytam, zaczynasz się miotać. Lubię więc moment, w którym miotać się przestajesz. - Wydawało się, że ta niepewność Flynna wynikała z... obawy przed oceną? Przed tym, że jeśli się otworzy to zostanie odrzucony, odepchnięty? - Wracamy do środka, bo mi serce pęknie jak jeszcze chwilę się tu tak potrzęsiesz. Lubisz gorącą czekoladę? Aaa... zapomniałem aż pozbierać tamtych papierów, które uratowałeś od sztuki latania tym nożem...