19.05.2024, 17:36 ✶
- Inteligentny i mądry głuptasek. - Nie, nie potrafił przyjmować komplementów. I chociaż nie zwrócił na to większej uwagi, sam dobierał o wiele przyjemniejsze pieszczotliwe słówka. Skarbie, misiu, słodziutka, zdziwiłby się gdyby kiedykolwiek nazwał kogoś degradująco głuptaskiem, a jeżeli to zrobił, musiał mieć wyjątkowo zły dzień.
Nie lubił mówić o swoich kompleksach. Więc jasne - Laurent miał rację, ale nawet gdyby wyrecytował mu teraz precyzyjnie wszelkie mechanizmy zachodzące w głowie, zanim człowiek zdobywa się na taki komentarz, Crow i tak dodałby coś od siebie. Żeby odwrócić uwagę od meritum, jakim było wieczne dopierdalanie samemu sobie. Nie mógł się przyznać, że powiedział szkoda, bo chciał być częścią tego świata, a przecież nie byli sobie równi, przecież był gorszy... - Wytknąć ci skazę na światopoglądzie pomijającym mnie i ludzi mi podobnych. - Głośno przełknął ślinę. Sam nie wiedział, czy chciał to powiedzieć. - Sprawdzić, czy spróbujesz tę linię zamazać - wcale nie czuł tego zimna, zalewała go kolejna fala gorąca - czy się na mnie zezłościsz. - Czy to możliwe, że mógłbyś się o mnie starać. Tego z siebie nie wydusił, bo było już zbyt konkretne, zbyt prawdziwe i bezpośrednie. Obnażało go całkowicie i niezaprzeczalnie z tego jak zakochał się w swoich obecnych partnerach i udało im się przełamać te mury, do których chciał zabrać się teraz Laurent. Crow lubił i potrafił adorować jak nikt inny, ale rozpływał się wręcz, kiedy ktoś odwdzięczał się tym samym. Nie obchodziły go w tych kwestiach liczby i logika, chciał czuć - powiedz mu kocham cię tysięczny raz, a on będzie czekał na tysiąc pierwszy, tak dla pewności, że to na pewno to, a on nie musi jeszcze rzucać się z mostu. - Nie trzęsę się. - Chyba...? A jak tego nie zauważył i... - A ty chciałeś zbierać kwiaty...? - Zbyt długo skołowany, nie mogąc za bardzo uciec, jeżeli nie chciał wymusić puszczenia swoich rąk, desperacko opuścił głowę w dół, omal nie drapiąc się w twarz różanymi kolcami. Przed otarciem go o kwiat uratował go jeden ze swobodnie zwisających loków. - Ahh, robisz mi wodę z mózgu. - Stęknął. Tym razem nie wykonał gwałtownego ruchu ani nie odsunął się, bo zmarnował dzisiaj tak cholernie dużo szans na powiedzenie mu czegoś miłego. Nie chciał kończyć tej rozmowy kompletnym rozstrojeniem. - Pójdę z tobą, gdziekolwiek chcesz, ale trzymaj mnie za rękę. Do diabła, korzystaj z tego, że wyjątkowo nie ma w niej tego noża. - W jakiejś innej bajce gdyby zacisnął te palce na jego dłoni wystarczająco mocno, to Flynn wyznałby mu swoje sekrety, inne niż to ile dni spędził nie mogąc wytrzymać natłoku myśli o tym, jak bardzo chciał go objąć? Nie wiedział, ale mógł mu z tą dłonią ofiarować i serce, a może raczej jego kawałek wyrwany z resztek tego, co mógł mu zaoferować po skrupulatnym rozdzielaniu go wcześniej na dwie równe połowy. Nie powinien przychodzić do kogoś takiego jak Laurent z ochłapami - a jednak stał tu i prosił o to, bezczelnie zapatrzony w szarość, która powinna być pewnie błękitem.
Nie lubił mówić o swoich kompleksach. Więc jasne - Laurent miał rację, ale nawet gdyby wyrecytował mu teraz precyzyjnie wszelkie mechanizmy zachodzące w głowie, zanim człowiek zdobywa się na taki komentarz, Crow i tak dodałby coś od siebie. Żeby odwrócić uwagę od meritum, jakim było wieczne dopierdalanie samemu sobie. Nie mógł się przyznać, że powiedział szkoda, bo chciał być częścią tego świata, a przecież nie byli sobie równi, przecież był gorszy... - Wytknąć ci skazę na światopoglądzie pomijającym mnie i ludzi mi podobnych. - Głośno przełknął ślinę. Sam nie wiedział, czy chciał to powiedzieć. - Sprawdzić, czy spróbujesz tę linię zamazać - wcale nie czuł tego zimna, zalewała go kolejna fala gorąca - czy się na mnie zezłościsz. - Czy to możliwe, że mógłbyś się o mnie starać. Tego z siebie nie wydusił, bo było już zbyt konkretne, zbyt prawdziwe i bezpośrednie. Obnażało go całkowicie i niezaprzeczalnie z tego jak zakochał się w swoich obecnych partnerach i udało im się przełamać te mury, do których chciał zabrać się teraz Laurent. Crow lubił i potrafił adorować jak nikt inny, ale rozpływał się wręcz, kiedy ktoś odwdzięczał się tym samym. Nie obchodziły go w tych kwestiach liczby i logika, chciał czuć - powiedz mu kocham cię tysięczny raz, a on będzie czekał na tysiąc pierwszy, tak dla pewności, że to na pewno to, a on nie musi jeszcze rzucać się z mostu. - Nie trzęsę się. - Chyba...? A jak tego nie zauważył i... - A ty chciałeś zbierać kwiaty...? - Zbyt długo skołowany, nie mogąc za bardzo uciec, jeżeli nie chciał wymusić puszczenia swoich rąk, desperacko opuścił głowę w dół, omal nie drapiąc się w twarz różanymi kolcami. Przed otarciem go o kwiat uratował go jeden ze swobodnie zwisających loków. - Ahh, robisz mi wodę z mózgu. - Stęknął. Tym razem nie wykonał gwałtownego ruchu ani nie odsunął się, bo zmarnował dzisiaj tak cholernie dużo szans na powiedzenie mu czegoś miłego. Nie chciał kończyć tej rozmowy kompletnym rozstrojeniem. - Pójdę z tobą, gdziekolwiek chcesz, ale trzymaj mnie za rękę. Do diabła, korzystaj z tego, że wyjątkowo nie ma w niej tego noża. - W jakiejś innej bajce gdyby zacisnął te palce na jego dłoni wystarczająco mocno, to Flynn wyznałby mu swoje sekrety, inne niż to ile dni spędził nie mogąc wytrzymać natłoku myśli o tym, jak bardzo chciał go objąć? Nie wiedział, ale mógł mu z tą dłonią ofiarować i serce, a może raczej jego kawałek wyrwany z resztek tego, co mógł mu zaoferować po skrupulatnym rozdzielaniu go wcześniej na dwie równe połowy. Nie powinien przychodzić do kogoś takiego jak Laurent z ochłapami - a jednak stał tu i prosił o to, bezczelnie zapatrzony w szarość, która powinna być pewnie błękitem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.