19.05.2024, 21:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 21:09 przez Christopher Rosier.)
– Kruki kojarzą się z mrokiem. Lubisz mrok, Mildred?
Szkice były pewnego rodzaju chaosem. Milie mogła wyłowić jednak, że najwyraźniej wymyślanie sukni na bal po przyjęciu z okazji premiery pchnęło Christophera ku projektom związanym z motywem Hogwarckich domów. Była tam zielono – srebrna suknia, niebieska, czerwono-złota i wreszcie żółta (zapewnie nie dla kuzynki, która źle wyglądała w żółtym) – wszystkie w balowym stylu. Było i kilka szkiców koszul, nieco mniej strojnych, wszystkich w barwach domów, z dyskretnymi ozdobami na mankietach – na zielonej wił się srebrzysty wąż, na niebieskiej zamiast kruka pojawiały się pióra, na czerwonej złocisty odcisk lwiej łapy, a na żółtej charakterystyczny czarno – biały pasek, mający pewnie nawiązywać bo borsuka. Kilka niedokończonych szkiców, gdzie najwyraźniej od motywu Domów wychodząc przeszedł do żywiołów – lub próbował je ze sobą połączyć. Gdzieś z boku leżał szkic niedokończonej ciemnej sukni, która opływała ciało, z ciasnym gorsetem i długim rozcięciem, inspirowaną bodaj azjatycką modą: tu krój był dość prosty, ale ozdobny wzór biegnący od dekoltu aż do kolan decydował o wyjątkowości projektu.
– Nie wiem. Przed Hogwartem większość z nich pewnie przeżywała swoje życia jako mugole chyba że mieli dość szczęścia, aby jakiś czarodziej wziął ich na uczniów: ale wtedy opuszczali swoje rodziny i szli z czarodziejem. Nie tkwili na granicy światów – powiedział Christopher, przyznając się do tego swojego braku niewiedzy z zadziwiającą beztroską. W takich sprawach jednak nie myślał udawać, że ma jakieś głębsze przemyślenia, bo system edukacji zbytnio go nie interesował, a co do mugoli uważał po prostu, że te dwa światy nadmiernie się przenikały. Rzadko jednak zaprzątało to jego głowę na dłużej, bo czemu by miało?
Roześmiał się na jej pytanie, a potem podszedł i oparł się o biurko tuż obok niej, pochylając się, bo górował nad nią nawet, kiedy siedziała na blacie.
– Jeśli mam ochotę uszyć jakąś suknię, to ją szyję i powstrzymać może mnie tylko jedno: projekt uznałem za nie dość dobry. Tchórzyć? – zapytał zaczepnie. – Ja nigdy nie tchórzę, Mildred Moody – powiedział, nim się odsunął. – Przyniosę szampana.
Rzadko zostawiał kogoś samego w swojej pracowni, ale pójście po butelkę miało mu zająć góra trzy minuty, a choć w pracowni panował swego rodzaju chaos, był pewien tego, że gdyby Moody spróbowała zabrać jakieś szkice, on szybko zauważy ich brak – jeszcze nim kobieta opuści Dom Mody. Znikł na chwilę dosłownie, by wrócić z butelką drogiego trunku: szklanki mógł już łatwo znaleźć w gabinecie.
Szkice były pewnego rodzaju chaosem. Milie mogła wyłowić jednak, że najwyraźniej wymyślanie sukni na bal po przyjęciu z okazji premiery pchnęło Christophera ku projektom związanym z motywem Hogwarckich domów. Była tam zielono – srebrna suknia, niebieska, czerwono-złota i wreszcie żółta (zapewnie nie dla kuzynki, która źle wyglądała w żółtym) – wszystkie w balowym stylu. Było i kilka szkiców koszul, nieco mniej strojnych, wszystkich w barwach domów, z dyskretnymi ozdobami na mankietach – na zielonej wił się srebrzysty wąż, na niebieskiej zamiast kruka pojawiały się pióra, na czerwonej złocisty odcisk lwiej łapy, a na żółtej charakterystyczny czarno – biały pasek, mający pewnie nawiązywać bo borsuka. Kilka niedokończonych szkiców, gdzie najwyraźniej od motywu Domów wychodząc przeszedł do żywiołów – lub próbował je ze sobą połączyć. Gdzieś z boku leżał szkic niedokończonej ciemnej sukni, która opływała ciało, z ciasnym gorsetem i długim rozcięciem, inspirowaną bodaj azjatycką modą: tu krój był dość prosty, ale ozdobny wzór biegnący od dekoltu aż do kolan decydował o wyjątkowości projektu.
– Nie wiem. Przed Hogwartem większość z nich pewnie przeżywała swoje życia jako mugole chyba że mieli dość szczęścia, aby jakiś czarodziej wziął ich na uczniów: ale wtedy opuszczali swoje rodziny i szli z czarodziejem. Nie tkwili na granicy światów – powiedział Christopher, przyznając się do tego swojego braku niewiedzy z zadziwiającą beztroską. W takich sprawach jednak nie myślał udawać, że ma jakieś głębsze przemyślenia, bo system edukacji zbytnio go nie interesował, a co do mugoli uważał po prostu, że te dwa światy nadmiernie się przenikały. Rzadko jednak zaprzątało to jego głowę na dłużej, bo czemu by miało?
Roześmiał się na jej pytanie, a potem podszedł i oparł się o biurko tuż obok niej, pochylając się, bo górował nad nią nawet, kiedy siedziała na blacie.
– Jeśli mam ochotę uszyć jakąś suknię, to ją szyję i powstrzymać może mnie tylko jedno: projekt uznałem za nie dość dobry. Tchórzyć? – zapytał zaczepnie. – Ja nigdy nie tchórzę, Mildred Moody – powiedział, nim się odsunął. – Przyniosę szampana.
Rzadko zostawiał kogoś samego w swojej pracowni, ale pójście po butelkę miało mu zająć góra trzy minuty, a choć w pracowni panował swego rodzaju chaos, był pewien tego, że gdyby Moody spróbowała zabrać jakieś szkice, on szybko zauważy ich brak – jeszcze nim kobieta opuści Dom Mody. Znikł na chwilę dosłownie, by wrócić z butelką drogiego trunku: szklanki mógł już łatwo znaleźć w gabinecie.