19.05.2024, 21:38 ✶
- Mogę ci ją wyrżnąć ostrzem, żebyś widział ją dokładnie, ale ta rozmowa przestanie być miła - a wcale tego nie chcę. Znów zwątpił w samego siebie. Oksymoron. Tak powinien dać sobie na imię? Oksymoron. Cały się składał ze sprzeczności. Głuptasek też do niego pasowało, bo w ogóle nie powinno go tutaj być, a jednak był. Bo w ogóle nie powinno go to obchodzić, a jednak go to obchodziło.
Przestał się garbić, ale wciąż miał pełne smutku spojrzenie. Ten tekst o miłości dodatkowo pogorszył jego stan. No bo jak miał interpretować „dodatek do swojej codzienności”? O nietraktowanie tego poważnie? On przecież traktował to całkowicie poważnie, dlatego pluł sobie w brodę za każde słodkie słówko, jakie padało z jego strony w kierunku Laurenta. Nie było żadnej linii dzielącej ich od świata. Nie potrafiłby w nią uwierzyć. Słyszał za to opowieści o faktycznych, a nie metaforycznych liniach łączących ze sobą wszystkich ludzi. Widział jak Bletchley śledził wzrokiem coś, czego nie potrafił dostrzec i teraz sam przejechał wzrokiem po ziemi i zastanawiał się, co ta łącząca ich nić musiała mówić o tym, co się tutaj działo. Skoro mógłby go pokochać, to była... chociaż odrobinę, ociupinkę czerwoną? Czy była po prostu brudna od jego potwornych myśli, od obrzydliwych wyobrażeń, że jeżeli nie mógł go mieć - a nie będzie go miał, bo nigdy nie porzuci dla niego osób, do których zdążył się przywiązać, a gdyby oni porzucili jego to pewnie zaćpałby się na śmierć - to... mógłby mieć jego uznanie. Oczy pełne zadowolenia z jego działań były prawie tak piękne jak oczy pełne miłości.
- Ah - sapnął, spoglądając na tę różę. Na kolce, na których wcześniej zaciskał pokłute teraz palce. - Myślałem, że mam ci go potrzymać. - Zasługiwał za to na tytuł najgorszego trzymacza kwiatów na świecie, wygięta od napięcia łodyga była dosłownie zgnieciona. Najgłupsze było to, że w pierwszej chwili chciał zrobić coś, czego tak nie lubił - przeprosić - a potem do niego dotarło, że przeprosić powinien za to co najwyżej siebie, skoro to dostał. Czym powinien przejąć się facet dostający od kogoś kwiatka? Ciężarem patriarchalnego społeczeństwa? Flynna najwyraźniej bardziej ruszało to, że trzymał mu to przez kilka długich minut bez żadnego komentarza, trochę jak mężowie noszący żonom ciężkie torebki. Nie wpadł też na dziękuję, nawet jeżeli normalnie nie miał problemu z dziękowaniem.
Nie kłamał wtedy - mówiąc o lubieniu kwiatów - ale nie spodziewał się zbierania ich razem. Lubił kwiaty głównie jako gest, bo był beznadziejnym wręcz przypadkiem romantyka. Spacer po ogrodzie? Gdyby miał to jakoś podsumować, użyłby słowa dziwne. To było cholernie dziwne, ale przynajmniej stabilne - ten sam rytm, ten sam nastrój, te same gesty. Mógł nawet nie lubić tych róż, ale lubił rękę, która na nie wskazywała. I z każdą kolejną minutą spędzoną z nim w tym ogrodzie, do Flynna coraz mocniej docierało, że to mógł być jeden z ostatnich razów, kiedy mógł na nie patrzeć. To było okropne, ale też był na to gotowy - miał niebywałe doświadczenie w uczynieniu innej osoby całym swoim światem tylko po to, aby zniknąć z dnia na dzień i milczeć. Nie mógł usunąć się stąd całkowicie, nie chciał zresztą, ale... To naprawdę mógł być jeden z ostatnich razów.
Prewett poświęcił mu więc naprawdę długą chwilę swojego życia. Bardzo przemyślaną, uspokajającą, pełną ciepła chwilę w ogrodzie, który kochał i istniała możliwość, że tym, czego się spodziewał w podzięce, był przynajmniej ten wyczekiwany uśmiech, ale kiedy Edge zrobił krok do przodu, a drzwi za nim zamknęły się samoistnie, odbijając pierwsze krople deszczu, jego mina była wciąż taka sama - piekielnie smutna. Naprawdę wyglądał jak ten pies - przybłęda niepewna tego, czy na pewno może wejść do domu, z którego spodziewała się być wygoniona nogą.
- Laurent - zaczął wreszcie, przerywając absurdalną wręcz ilość ciszy ze swojej strony, ciszy będącej dla niego czymś bardzo charakterystycznym, ale rzadko spotykanym u ekstrawertycznego i zaczepnego Crowa - czy ty myślałeś, że przyszedłem tutaj na seks? - Nie krył się wcale z tym, o czym myślał podczas tej przygody wśród kwiatów. Cały czas mielił w środku jego słowa, próbując ubrać je w coś powiedzianego wprost, jego językiem.
Przestał się garbić, ale wciąż miał pełne smutku spojrzenie. Ten tekst o miłości dodatkowo pogorszył jego stan. No bo jak miał interpretować „dodatek do swojej codzienności”? O nietraktowanie tego poważnie? On przecież traktował to całkowicie poważnie, dlatego pluł sobie w brodę za każde słodkie słówko, jakie padało z jego strony w kierunku Laurenta. Nie było żadnej linii dzielącej ich od świata. Nie potrafiłby w nią uwierzyć. Słyszał za to opowieści o faktycznych, a nie metaforycznych liniach łączących ze sobą wszystkich ludzi. Widział jak Bletchley śledził wzrokiem coś, czego nie potrafił dostrzec i teraz sam przejechał wzrokiem po ziemi i zastanawiał się, co ta łącząca ich nić musiała mówić o tym, co się tutaj działo. Skoro mógłby go pokochać, to była... chociaż odrobinę, ociupinkę czerwoną? Czy była po prostu brudna od jego potwornych myśli, od obrzydliwych wyobrażeń, że jeżeli nie mógł go mieć - a nie będzie go miał, bo nigdy nie porzuci dla niego osób, do których zdążył się przywiązać, a gdyby oni porzucili jego to pewnie zaćpałby się na śmierć - to... mógłby mieć jego uznanie. Oczy pełne zadowolenia z jego działań były prawie tak piękne jak oczy pełne miłości.
- Ah - sapnął, spoglądając na tę różę. Na kolce, na których wcześniej zaciskał pokłute teraz palce. - Myślałem, że mam ci go potrzymać. - Zasługiwał za to na tytuł najgorszego trzymacza kwiatów na świecie, wygięta od napięcia łodyga była dosłownie zgnieciona. Najgłupsze było to, że w pierwszej chwili chciał zrobić coś, czego tak nie lubił - przeprosić - a potem do niego dotarło, że przeprosić powinien za to co najwyżej siebie, skoro to dostał. Czym powinien przejąć się facet dostający od kogoś kwiatka? Ciężarem patriarchalnego społeczeństwa? Flynna najwyraźniej bardziej ruszało to, że trzymał mu to przez kilka długich minut bez żadnego komentarza, trochę jak mężowie noszący żonom ciężkie torebki. Nie wpadł też na dziękuję, nawet jeżeli normalnie nie miał problemu z dziękowaniem.
Nie kłamał wtedy - mówiąc o lubieniu kwiatów - ale nie spodziewał się zbierania ich razem. Lubił kwiaty głównie jako gest, bo był beznadziejnym wręcz przypadkiem romantyka. Spacer po ogrodzie? Gdyby miał to jakoś podsumować, użyłby słowa dziwne. To było cholernie dziwne, ale przynajmniej stabilne - ten sam rytm, ten sam nastrój, te same gesty. Mógł nawet nie lubić tych róż, ale lubił rękę, która na nie wskazywała. I z każdą kolejną minutą spędzoną z nim w tym ogrodzie, do Flynna coraz mocniej docierało, że to mógł być jeden z ostatnich razów, kiedy mógł na nie patrzeć. To było okropne, ale też był na to gotowy - miał niebywałe doświadczenie w uczynieniu innej osoby całym swoim światem tylko po to, aby zniknąć z dnia na dzień i milczeć. Nie mógł usunąć się stąd całkowicie, nie chciał zresztą, ale... To naprawdę mógł być jeden z ostatnich razów.
Prewett poświęcił mu więc naprawdę długą chwilę swojego życia. Bardzo przemyślaną, uspokajającą, pełną ciepła chwilę w ogrodzie, który kochał i istniała możliwość, że tym, czego się spodziewał w podzięce, był przynajmniej ten wyczekiwany uśmiech, ale kiedy Edge zrobił krok do przodu, a drzwi za nim zamknęły się samoistnie, odbijając pierwsze krople deszczu, jego mina była wciąż taka sama - piekielnie smutna. Naprawdę wyglądał jak ten pies - przybłęda niepewna tego, czy na pewno może wejść do domu, z którego spodziewała się być wygoniona nogą.
- Laurent - zaczął wreszcie, przerywając absurdalną wręcz ilość ciszy ze swojej strony, ciszy będącej dla niego czymś bardzo charakterystycznym, ale rzadko spotykanym u ekstrawertycznego i zaczepnego Crowa - czy ty myślałeś, że przyszedłem tutaj na seks? - Nie krył się wcale z tym, o czym myślał podczas tej przygody wśród kwiatów. Cały czas mielił w środku jego słowa, próbując ubrać je w coś powiedzianego wprost, jego językiem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.