- Możesz. - Smutny uśmiech pojawił się i zaraz po tym przeminął. Powinien się tym bardziej przejąć, powinno go to mocniej wstrząsnąć, powinien to mocniej przeżyć, ale czuł tylko zblazowanie po zimnym dreszczu, który przeszył jego ciało i zostawił po sobie gęsią skórkę. Mógł to zrobić on i znów powiedziałby, że mogło to zrobić też wiele innych osób. I niektórzy to nawet robili. Na jego ciele były przecież blizny. I dopiero teraz zdecydował się coś z nimi zrobić. Przyzwyczaiłem się do gróźb. Przyzwyczaił się też do swojej bezradności.
Wiatr szumiał i coraz głośniej szumiało też morze. Laurent słyszał jego zew - gniewne pomruki, które niechętnie teraz przyjmowały istoty morskie na swoje brzegi, ale zachęcała do krycia się w głębinach. Od zawsze wiedział, że to najlepszy sposób - uciec stąd na zawsze. Tylko nie potrafił. Ciągle mu czegoś brakowało... brakowało mu ciepła. Brakowało mu chwil takich jak ta. Nawet jeśli spędzał je samotnie to zawsze istniał mały, chociaż malutki cień szansy na to, że pojawi się ktoś, z kim mógłby tę chwilę dzielić. Nie sporadycznie, nie z rzadka, bo niewiele osób zapraszał do tego miejsca, między kwiaty, żeby go nie splamić. Jedyny prawidłowy krok to zabranie kogoś, kto tak potrzebował delikatności jak Crow do tego miejsca. Potarganie włosów przez zbliżającą się burzę, kiedy każdy zapach był bardziej intensywny i w końcu miało się dość od nadmiaru bodźców - tych woni i tych kaszmirowo-jedwabnych płatków. Kto był tutaj większym głuptasem pewnie mogli urządzić zawody. Nagroda była tylko jakaś taka nędzna i nic nie znacząca. O co w ogóle się bić? I po co w ogóle się starać..?
Po co się starać...
Niebo było już grafitowe od ciężkich chmur i nad światem zapanowała ciemność mimo tego, że dni były ciągle długie. Duma przeszedł do salonu i uwalił się na swoim legowisku, zupełnie nie interesując się tym, co się dzieje wokół niego i tam się wyłożył. Blondyn przeszedł po tym cichym, pustym domu do kuchni, którą od salonu dzieliła otwarta jadalnia z wielkim stołem, na którym stały słoneczniki i w końcu wyspa, na której stał piękny, szklany pegaz. Miejsce pełne pamiątek. Salon zaś stanowił sofę ze stolikem przed nią i dwoma fotelami do kompletu, a za stolikiem, w pewnym oddaleniu, kominek. Nad kominkiem wielki obraz przedstawiający kobiece piękności skąpane w morskich falach - jedna z nich była bardzo podobna do Laurenta. Miała nawet ten sam kolor włosów. Chciał powiedzieć, żeby usiadł, jeśli ma ochotę i zabrał ten swój nóż. Z jednej strony nie chciał tego noża w domu, z drugiej to była część tego człowieka. Przychodziłby na każdy jego nowy występ, nawet jeśli potem siedziałby w łóżku i odchorowywał te pokazy. Tak był zbudowany Crow. Lubił te sztuczki z nożami, nawet jeśli się ich bał. Lubił jego zmieszanie, nawet jeśli nie chciał go wprawiać w zakłopotanie. Lubił nawet te jego prostackie teksty i zaczepki, kiedy odpowiednio do nich podchodził. Jeśli nie jesteś w stanie zaakceptować tych złych cech drugiej strony to czy w ogóle można mówić o tym, że da się kogoś polubić? Według Laurenta... nie. Dlatego sam troszczył się o to, żeby być tylko ślicznym snem dla ludzi, którzy ślicznych snów potrzebowali. Flynn nie mógł sobie wyobrazić, jakim zbawieniem był dla niego ten jeden, jedyny sen. Nikt nie mógł sobie tego wyobrazić. Nie powiedział jednak nic. Zatrzymał się, obrócony plecami do Edga.
- Nie. - Odpowiedział, nie odwracając się do niego. - Najpierw myślałem, że przyszedłeś mnie poobrażać. Potem, przez moment, że przyszedłeś się upewnić, czy ty i twoi bliscy są bezpieczni. Potem uświadczyłeś mnie w przekonaniu, że szukasz u mnie tego, czego nie może ci dać twój partner. - Jak wszyscy. - W końcu przestałem się nad tym zastanawiać. - Wszedł do tej kuchni - wziął wazon, nalazł do niego wody i postawił go na stoliku kawowym przy Flynnie. - Proszę. Wstaw do niego kwiaty. Rozgość się.