19.05.2024, 23:43 ✶
Flynn zajebiście lubił burze. Uwielbiał to powietrze, ten hałas. Uwielbiał tak dużą ilość wody walącą o szkło, spływającą strumieniami po szybie. Uwielbiał błyski jasnego światła przecinające niebo i świadomość tego, że burze stanowiły jedno z niewielu ciekawiących go rzeczy, które mógł doświadczać tak samo jak inni. Kiedyś jakiś mugol zobaczył piorun uderzający w metalowy drut i wpadł na pomysł, który stał się rewolucją. W każdej innej chwili wpatrywałby się w niebo z zachwytem i milczał, a później opowiedział jakąś piekielnie nudną, powtarzaną wielokrotnie historię o tym, co przeczytał w opasłym podręczniku do fizyki, leżąc w ciasnym korytarzu i czekając na znak, że ma wchodzić głębiej.
W swojej wizji domu leżeli razem wśród szklanych ścian, obserwując spływającą wodę. Mogliby robić to teraz, gdyby mężczyzna w ogóle zauważył, że zbliżała się burza. Zrobiło się ciemno, ale punkt, w który wpatrywał się z taką intensywnością, pozostawał taki sam. Jasny, smutny.
- To wciąż cię kurwa nie rozumiem. - Tym razem nie zaciskał ręki na samej róży, tylko na całym bukiecie kwiatów. Wybranych i zebranych dla niego. Powinien to bardziej docenić, ale na ten moment jego głowa była wdzięczna głównie za to, że nie wbijał sobie teraz paznokci w skórę. - Ani trochę. - Pokręcił głową. - Pokazałem ci, że będę cię wielbił jak pies, ty mi mówisz, że cię odpycham. A potem kompletnie z dupy zabierasz mnie do ogrodu i dajesz mi kwiaty. - Nie chciał go. Wcale nietrudno było domyślić się dlaczego - powiedział to sobie już wcześniej - nikt nie chciał być jednym z wielu. - Kurwa mać. - Nie powstrzymał się od przekleństwa. - Obrażanie cię to bonus bycia tutaj, a moi partnerzy dają mi więcej, niż na to zasługuję. - Ukrywanie tego, jaką przyjemność przynosiło mu droczenie się, uznał za bezcelowe. Był wredny. Rzucał chamskimi tekstami. Powstrzymywał się przy Alexandrze, ale w sumie tylko z powodu biegających wokół dzieciaków. - Informacje to dobry powód, ale przecież musisz domyślać się, że to był tylko pretekst. - Musisz. On nie potrafił przyznać tego przed samym sobą, ale Laurent musiał. - Jak dostałem list, to wiedziałem, że nic ci nie jest, bo inaczej byś tego listu nie napisał, ale i tak chciałem cię zobaczyć. Ciebie i te twoje pieprzone drzwi, przez które można wejść tak po prostu i ci najebać. - Zafiksował się na ich punkcie, pieprząc o nich już... trzeci raz? Teraz mówił dosłownie do pustki - do framugi, za którą znajdowała się kuchnia, nie poszedł za nim przecież, liczył po prostu na to, że Prewett go słyszy. A później bardzo posłusznie wsadził je do wazonu. Cholernie zmęczony, a to on zawsze wciągał ludzi w jakieś durne gierki i nakręcał ich na przeróżne rzeczy. Głównie na siebie.
- Laurent... - Wciąż kompletnie bezradny wobec łamiącego mu się głosu, zatrzymał go przy tym wazonie, łapiąc za rękaw koszuli i nie pozwolił iść dalej. Dotarło do niego, że tęsknił. Do tego Laurenta opowiadającego mu z podnieceniem o jakiejś głębinie, jak mu się wtedy wydawało - bez fałszu. Plotącego jakieś bzdury o tym co widział w snach, jakby to miała być prawda, a nie wytwór jego zboczonej wyobraźni. Wydawało mu się przez moment, jakby w pewnym momencie mógł do tego dojść - przywrócić im smak tej chwili, ale to sypało się jak domek z kart i... - Zapytam jeszcze raz - odetchnął, po czym pocałował go w policzek, na krótki moment ujmując bladą twarz w swoje szorstkie dłonie - dziękuję - za te kwiaty - i co się stało - z Dante i czymkolwiek jeszcze - i czy wszystko w porządku? - A jeżeli wszystko w porządku to dlaczego wydawało mu się, że wszystko tutaj jest... nie takie jak być powinno.
W swojej wizji domu leżeli razem wśród szklanych ścian, obserwując spływającą wodę. Mogliby robić to teraz, gdyby mężczyzna w ogóle zauważył, że zbliżała się burza. Zrobiło się ciemno, ale punkt, w który wpatrywał się z taką intensywnością, pozostawał taki sam. Jasny, smutny.
- To wciąż cię kurwa nie rozumiem. - Tym razem nie zaciskał ręki na samej róży, tylko na całym bukiecie kwiatów. Wybranych i zebranych dla niego. Powinien to bardziej docenić, ale na ten moment jego głowa była wdzięczna głównie za to, że nie wbijał sobie teraz paznokci w skórę. - Ani trochę. - Pokręcił głową. - Pokazałem ci, że będę cię wielbił jak pies, ty mi mówisz, że cię odpycham. A potem kompletnie z dupy zabierasz mnie do ogrodu i dajesz mi kwiaty. - Nie chciał go. Wcale nietrudno było domyślić się dlaczego - powiedział to sobie już wcześniej - nikt nie chciał być jednym z wielu. - Kurwa mać. - Nie powstrzymał się od przekleństwa. - Obrażanie cię to bonus bycia tutaj, a moi partnerzy dają mi więcej, niż na to zasługuję. - Ukrywanie tego, jaką przyjemność przynosiło mu droczenie się, uznał za bezcelowe. Był wredny. Rzucał chamskimi tekstami. Powstrzymywał się przy Alexandrze, ale w sumie tylko z powodu biegających wokół dzieciaków. - Informacje to dobry powód, ale przecież musisz domyślać się, że to był tylko pretekst. - Musisz. On nie potrafił przyznać tego przed samym sobą, ale Laurent musiał. - Jak dostałem list, to wiedziałem, że nic ci nie jest, bo inaczej byś tego listu nie napisał, ale i tak chciałem cię zobaczyć. Ciebie i te twoje pieprzone drzwi, przez które można wejść tak po prostu i ci najebać. - Zafiksował się na ich punkcie, pieprząc o nich już... trzeci raz? Teraz mówił dosłownie do pustki - do framugi, za którą znajdowała się kuchnia, nie poszedł za nim przecież, liczył po prostu na to, że Prewett go słyszy. A później bardzo posłusznie wsadził je do wazonu. Cholernie zmęczony, a to on zawsze wciągał ludzi w jakieś durne gierki i nakręcał ich na przeróżne rzeczy. Głównie na siebie.
- Laurent... - Wciąż kompletnie bezradny wobec łamiącego mu się głosu, zatrzymał go przy tym wazonie, łapiąc za rękaw koszuli i nie pozwolił iść dalej. Dotarło do niego, że tęsknił. Do tego Laurenta opowiadającego mu z podnieceniem o jakiejś głębinie, jak mu się wtedy wydawało - bez fałszu. Plotącego jakieś bzdury o tym co widział w snach, jakby to miała być prawda, a nie wytwór jego zboczonej wyobraźni. Wydawało mu się przez moment, jakby w pewnym momencie mógł do tego dojść - przywrócić im smak tej chwili, ale to sypało się jak domek z kart i... - Zapytam jeszcze raz - odetchnął, po czym pocałował go w policzek, na krótki moment ujmując bladą twarz w swoje szorstkie dłonie - dziękuję - za te kwiaty - i co się stało - z Dante i czymkolwiek jeszcze - i czy wszystko w porządku? - A jeżeli wszystko w porządku to dlaczego wydawało mu się, że wszystko tutaj jest... nie takie jak być powinno.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.