Wszystko było nie tak. Powinien więcej czuć. Tylko że wpadł w jakiś marazm i wszystko było takie... dalekie. I jednocześnie wszystko było bardzo proste. Świat był ułożony i poukładany już we wszystkim, jak powinien wyglądać. Już ustalił, jak powinna wyglądać jego obecność na Lammas, potem na ślubie Perseusa. Już wiedział, że zaprosić Nicholasa na randkę, bo chciał przed śmiercią pójść na chociaż jedną taką prawdziwą... i wiedział nawet, że ta wcale nie będzie prawdziwa, że miała małe szanse powodzenia. I tak, dokładnie tak będzie. Tragedia. Chciał więc jeszcze przed śmiercią skończyć swój nowy dom. Chciał się tam zdążyć przeprowadzić i chciał schować się tam przed światem tak, żeby nikt o nim nie wiedział. Chciał... chciał ominąć urodziny macochy i chciał uniknąć kolejnego spotkania z nią. Zamierzał iść na spotkanie z Dante, cokolwiek miałoby się nie stać i uporać się z tym problemem dokładnie tak samo, jak zrobił to kiedyś.
Żyjemy w końcu tak, jak śnimy.
Samotnie.
Drgnęły mu ręce bo miał ochotę zakryć nimi uszy i przestać słuchać. Moi partnerzy dają mi więcej, niż na to zasługuję. Wyłączyć się całkowicie. Na szczęście tylko drgnęły - byłaby przecież szkoda, gdyby rozbił ten piękny, kryształowy wazon idealny do tych letnich kwiatów. Powinien je najpierw przyciąć, oderwać listki, ale zrobi to potem, tak. Zanim Edge wyjdzie, może już zaraz, tylko żeby nie zapomniał tego pierdolonego bukietu bo chyba utopi go w oceanie. Jeszcze nie zdecydował tylko, czy bukiet czy jednak Edga. Wpadał w jakiś... w jakąś pułapkę. Mógł albo zepchnąć ją w dół i pozwolić jej odpłynąć, albo... nie, nie było żadnego albo. Po prostu musiał nad nią przekroczyć, tak jak nad wieloma innymi sprawami. Będzie się nimi zajmował - każdą po kolei, bo przecież wcale nie zamierzał umierać. Po prostu... po prostu wszędzie nagle były te noże, krew i śmierć. Wszędzie. Mogły też bez problemu przyjść tutaj - bez znaczenia, jak wyglądały próby zmienienia tego. Utrzymywanie tego pięknego zdania nic się nie stało bądź nic mi nie jest było taką samą mantrą jak listy do Florence o treści "zdarzył się mały wypadek" - napisał Laurent Prewett niemal wykrwawiając się na śmierć. Cóż tu po domyślaniu się? Tak, domyślał. Dlatego, między innymi, wędrowali drogą między różami.
Zatrzymał się więc przy wazonie, przenosząc wdzięczne spojrzenie z kwiatów na Fleamonta. Przymknął na moment powieki czując dotyk jego warg na policzku, a potem przyjemnie szorstkich dłoni. Deszcz stukał coraz częściej w wielkie okna pokazujące rozgniewane niebo i kotłującą się nad nimi burzę. Za co dziękujesz? Nawet nie zadał tego pytania. Nie odpowiedział też na resztę, bo głos by mu się też załamał i nie otworzył również powiek, żeby spojrzeć na Edga, bo po policzkach popłynęły mu łzy. Wszystkich stąd wyganiał, kazał dać sobie święty spokój, bo nad niczym już nie panował. To wszystko było jednym, wielkim burdelem. Kpiną. Wszystkich wyganiał, ale stał tutaj Flynn. I ciągle jednocześnie szukał towarzystwa, żeby tylko przez chwilę czuć się bezpiecznie. Ostatnio nawet tu nie sypiał.
- Słodki jesteś. - Wargi mu zadrżały w uśmiechu, kiedy otworzył powieki, ale zaraz ten uśmiech zniknął. - ... nic nie jest w porządku. - Starał się nad głosem zapanować, ale zupełnie mu się załamał w płaczu, który nim wstrząsnął.