20.05.2024, 09:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2024, 10:14 przez Brenna Longbottom.)
Brennie śniło się, że gania ją Francesca, co rusz waląca ją po głowie wielkim kalendarzem, takim z karteczkami do wyrywania, na którym znajdowała się z przodu kartka z czerwonym (tusz dziwnie przypominał krew) piątkiem trzynastego. We śnie drogę przebiegło jej czarne lustro, potem wpadła na lustrzaną drabinę i rozwaliła ją na kawałki, a wreszcie przebiegła pomiędzy nogami ogromnego, czarnego kota.
Obudziła się z bolącą głową i poczuciem, że coś jest bardzo nie tak – można było to zwalać na dziwny sen, na to, że nie miała pojęcia, gdzie się do cholery znajduje, jak i na to, że bolał ją bok. Jeszcze zanim dotarło do niej, że sen był tylko snem i nim przypomniała sobie, gdzie jest, odruchowo zaczęła szukać różdżki – i uspokoiła się trochę dopiero, kiedy ta znalazła się w jej dłoni.
Potem przypomniała sobie, że ją dźgnięto, że natknęła się na Prewetta i Francescę i dotarło do niej, że najwyraźniej nie tylko zepsuła mu randkę (na jego szczęście), to jeszcze pokrwawiła mu kuchnię i zasnęła w jego domu.
Była to najdziwniejsza rzecz, jaka przytrafiła się jej w tym miesiącu, ale już nie w tym roku, przyjęła więc powrót wspomnień ze względnym spokojem i myślą, że w sumie to mogło być gorzej. Mogła na przykład być martwa.
Brenna rzadko bywała zakłopotana czymkolwiek, ale z tym było jej trochę głupio – zwłaszcza, że miała wrażenie, że krwi z tego obrusu to już się nie dopierze, a to był bardzo ładny obrus. W każdym razie najpierw obejrzała opatrunek i upewniła się, że rana się nie otworzyła, a bandaż nie przesiąkł krwią (na szczęście wyglądało na to, że nic takiego się nie stało, eliksiry zadziałały, i rana tylko odrobinę pobolewała, z dużym prawdopodobieństwem już prawie zagojona), i że krew nie pobrudziła pościeli (ten obrus naprawdę wystarczył!). Potem wyczarowała sobie trochę wody, ogarnęła się i zgarnęła zostawioną jej przez Prewetta koszulkę - nie tonęła w niej nawet specjalnie, bo byli niemalże jednego wzrostu.
Na całe szczęście, rok 70 miał dopiero nadejść. W obecnych warunkach wątpliwe było, aby ktokolwiek w domu zauważył jej nieobecność, a nawet jeżeli – założą pewnie, że została w pracy dłużej i wyszła z domu wcześnie rano. Nie musiała więc wpadać w panikę pt. wszyscy pewnie uznali, że mnie zamordowano w jakimś zaułku.
– Cześć – przywitała się, zaglądając do kuchni. – Zdaje się, że nie tylko zepsułam ci randkę, obrus i zmusiłam do pracy po godzinach, ale jeszcze zabrałam ci sypialnię? Jestem ci dłużna. Masz tu gdzieś ten mój nóż?
Miała nadzieję, że go nie wyrzucił, bo był to w pewnym sensie dowód w sprawie.
Obudziła się z bolącą głową i poczuciem, że coś jest bardzo nie tak – można było to zwalać na dziwny sen, na to, że nie miała pojęcia, gdzie się do cholery znajduje, jak i na to, że bolał ją bok. Jeszcze zanim dotarło do niej, że sen był tylko snem i nim przypomniała sobie, gdzie jest, odruchowo zaczęła szukać różdżki – i uspokoiła się trochę dopiero, kiedy ta znalazła się w jej dłoni.
Potem przypomniała sobie, że ją dźgnięto, że natknęła się na Prewetta i Francescę i dotarło do niej, że najwyraźniej nie tylko zepsuła mu randkę (na jego szczęście), to jeszcze pokrwawiła mu kuchnię i zasnęła w jego domu.
Była to najdziwniejsza rzecz, jaka przytrafiła się jej w tym miesiącu, ale już nie w tym roku, przyjęła więc powrót wspomnień ze względnym spokojem i myślą, że w sumie to mogło być gorzej. Mogła na przykład być martwa.
Brenna rzadko bywała zakłopotana czymkolwiek, ale z tym było jej trochę głupio – zwłaszcza, że miała wrażenie, że krwi z tego obrusu to już się nie dopierze, a to był bardzo ładny obrus. W każdym razie najpierw obejrzała opatrunek i upewniła się, że rana się nie otworzyła, a bandaż nie przesiąkł krwią (na szczęście wyglądało na to, że nic takiego się nie stało, eliksiry zadziałały, i rana tylko odrobinę pobolewała, z dużym prawdopodobieństwem już prawie zagojona), i że krew nie pobrudziła pościeli (ten obrus naprawdę wystarczył!). Potem wyczarowała sobie trochę wody, ogarnęła się i zgarnęła zostawioną jej przez Prewetta koszulkę - nie tonęła w niej nawet specjalnie, bo byli niemalże jednego wzrostu.
Na całe szczęście, rok 70 miał dopiero nadejść. W obecnych warunkach wątpliwe było, aby ktokolwiek w domu zauważył jej nieobecność, a nawet jeżeli – założą pewnie, że została w pracy dłużej i wyszła z domu wcześnie rano. Nie musiała więc wpadać w panikę pt. wszyscy pewnie uznali, że mnie zamordowano w jakimś zaułku.
– Cześć – przywitała się, zaglądając do kuchni. – Zdaje się, że nie tylko zepsułam ci randkę, obrus i zmusiłam do pracy po godzinach, ale jeszcze zabrałam ci sypialnię? Jestem ci dłużna. Masz tu gdzieś ten mój nóż?
Miała nadzieję, że go nie wyrzucił, bo był to w pewnym sensie dowód w sprawie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.