Nie Fleamont powinien go trzymać teraz w swoich ramionach na tej kanapie. Na jego miejscu powinny być osoby, którym ufał od dawna, co do których intencji nie musiał się zastanawiać i nie musiał na nich uważać. Dopowiedzenie którym ufał było zupełnie na miejscu - czy mógł powiedzieć, że Fleamontowi ufa? Człowiekowi, którego znał i nie znał jednocześnie, który potrafił być agresywny, gwałtowny, ale i potrafił być łagodny i delikatny, wpływać na człowieka jak letnie mleko przed zaśnięciem. Usypiające, łagodzące, obniżające stres. Nie powinien go trzymać ten mężczyzna, a jednak go trzymał. Usiadł razem z nim na kanapie, Laurent już niewiele widział przez łzy i drżenie, może dałby się nawet wyprowadzić z tego domu na deszcz i zaprowadzić bogowie jedni wiedzą gdzie. Wędrowały jednak tylko myśli i słone krople.
Nie bardzo wiedział, co zrobić z samym sobą - czy chować swoją twarz w jego ramieniu, czy może jednak próbować nad sobą zapanować jeszcze mocniej, otrzeć łzy chusteczką i powiedzieć już jest w porządku, przepraszam. Chciał powiedzieć to drugie, ale kiedy tylko o tym pomyślał to rozpłakał się tylko mocniej, gubiąc oddech między tymi myślami, całym tym żalem. Gubiąc się między tym, co powinien robić, co chciał robić i jak ciągle powtarzał sobie, że do tego wszystkiego wystarczy sił i każdego dnia trzeba zaczynać od nowa jakby wczoraj zupełnie nie istniało. Każdego. Pieprzonego. Dnia. Jak miał w ogóle się czuć? Kiedy zapomniał już, jak to właściwie jest być naprawdę szczęśliwym. Zaliczając kolejne cięcia raz po raz i udając, że pewnych rzeczy nie było i się nie wydarzyły, ale one wracały - uderzały w złych chwilach, albo kiedy Crow kolejny raz mówił kilka zdań za dużo. Nie był nawet na niego o to zły, nie potrafiłby się złościć. Miał rację. Właściwie czy mógł powiedzieć, że to on go odpychał? Laurent sam się odpychał i wolał tak sobie tłumaczyć zastałą sytuację. Wolał się odpychać niż znów rodzić sobie jakieś nadzieje i widzieć przyszłość niemożliwą. Więc pochylił tę głowę, podparł czoło na ramieniu Edga i zacisnął trzęsącą się pięść na tym materiale jego kurtki na udach. W takim stanie ciężko było o słowa, kiedy człowiek krztusił się nawet powietrzem. Pokiwał tylko głową twierdząco na wspomnienie o tym deszczu i o burzy, a zaraz po tym pokręcił przecząco na to zajmowanie uwagi. Duma zebrał się ze swojego siedziska i z niepokojem przybiegł do salonu, kręcąc się po podłodze, jakby on sam panikował. W końcu wskoczył na sofę po drugiej stronie Laurenta i przylgnął do jego pleców, kładąc łeb na jego udach i wlepiając te swoje zaniepokojone, złote ślepia diabła w swojego pana. Na moment blondyn się uśmiechnął i spojrzał załzawioną twarzą na bestię, dotykając jego łba swoją dłonią. Już w porządku. Już dobrze. Wybrzmiało z jego ust, ale tylko po to, żeby wrócił dłońmi do Flynna, jakby to on i jego pies potrzebowali pocieszenia i ze swoich prób pozbierania się zapłakał dalej.
Z takim płaczem działo się rzeczywiście tak, że w końcu człowiek się męczył. Nastawała cisza. Pustka.
- Miałem zrobić czekoladę. - Wyszeptał w końcu, spoglądając pustym, tępym wzrokiem za okno. W pokoju panowały cienie - resztki światła ze świata zewnętrznego. - Przepraszam za tę scenę. - Podniósł się trochę, żeby wyciągnąć chustkę z kieszeni i ogarnąć nieco swoją twarz, doprowadzić się do porządku. Spojrzał w górę, na to rozgwieżdżone niebo stworzone przez Crowa przeniesione tutaj z sypialni, a potem spojrzał na stolik, na którym leżały te wszystkie papiery dotyczące nieruchomości. Pochylił się, włosy opadły na jego twarz i podparł głowę na zgiętej ręce z łokciem na kolanie. - To niesprawiedliwe, że więcej kwiatów dostanę na swój grób niż do rąk. - Odetchnął i podniósł głowę. - Poszedłem do lekarza i powiedziałem mu, że tak, bukiet kwiatów to taki miły prezent. Tak, kocham słoneczniki. Więc przysłał mi bukiet kwiatów. Mężczyzna, który żeni się za tydzień i wiem, że w myślach zerżnął mnie przynajmniej kilka razy, kiedy na mnie patrzył. - Nawet jego wargi drgnęły w uśmiechu, ale nie było w tym uśmiechu niczego ciepłego. - Nie przynosi się bukietów kwiatów takim jak ja. - Spojrzał w dół, na złoty pierścionek na swoim palcu, który przesunął mozolnym ruchem kciuka.