20.05.2024, 11:21 ✶
– A spróbuj tylko – zagroził Morpheusowi, bo jednak pewne rzeczy były niewybaczalne nawet przy tak długoletniej przyjaźni. Zgolenie loków przez przyjaciela byłoby jedną z nich. Ah jak on zazdrościł mu tych loków. Jonathan był pewny, że sam wyglądałby w nich niezwykle urokliwie, ale niestety Matka Natura miała na niego inne plany. Zamilkł na chwilę i przyjrzał się Longbottomowi dokładniej. – To znaczy brodę możesz spróbować zapuścić. Zobaczyłbym to.
Na uwagę Charlotte jedynie przewrócił oczami najbardziej teatralnie, jak tylko potrafił, bo czasem takie gesty mówiły więcej, niż jakiekolwiek złośliwości. Zwłaszcza, kiedy na dobrą sprawę przyjaciółka miała rację. No i co by nie mówić dostali całkiem ładne życzenia od niej. Roześmiał się i krótko objął ją ramieniem, jednocześnie zerkając na Anthony'ego. Wyglądał dobrze i radośnie i to go trochę niepokoiło. W końcu miał w pamięci ich pewne spotkanie sprzed kilku tygodni. Nie zamierzał jednak w żaden sposób tego komentować.
– 1929. Nigdy nie będzie lepszego rocznika – stwierdził pogodnie w jednym ręku mając kieliszek, a w drugim talerz z tortem. Nie tak dobrym, jak ten na ich weselu, ale też przepyszny.
– Ja bym chyba poszedł w średniowiecze – stwierdził. – Ale odpuścił tego białego jelenia, to chyba byłby jednak zbędny dramatyzm. Zamiast tego zainscenizowałbym prawdziwy jarmark... Albo nie, ucztę rycerską. Niby wszystko spokojnie, przyjemnie, zaraz ukoronujemy Morphy'ego na nowego pana tych ziem, a tu nagle BAM. Z zamku wyłania się bestia! I krzyczy, że nie odda swojego domu tak łatwo! I wtedy ktoś rzuci Morpheusowi miecz, trochę powalczą, ale oczywiście ją pokona! I wtedy będzie czas na fajerwerki! Czerowne jak jej krew! I niech się ułożą w jakiś fajny herb, Morpheusu, wymyśl sobie jakiś.
Tak. Widział to. Jeszcze jeśli by się dobrze ubrało Morpheusa i znalazło kogoś kto przebralby się za bestie... Nie. Nie przebrał. Chyba lepiej będzie zatrudnić kogoś kto ukształtuje iluzję jakiejś chimery, a potem, gdy Longbottom zada "ostateczny cios" sprawi, że potwór zniknie w czerwonej mgle. I wtedy dopiero przyjdzie pora na fajerwerki. Upił łyka szampana bardzo z siebie dumny.
Na uwagę Charlotte jedynie przewrócił oczami najbardziej teatralnie, jak tylko potrafił, bo czasem takie gesty mówiły więcej, niż jakiekolwiek złośliwości. Zwłaszcza, kiedy na dobrą sprawę przyjaciółka miała rację. No i co by nie mówić dostali całkiem ładne życzenia od niej. Roześmiał się i krótko objął ją ramieniem, jednocześnie zerkając na Anthony'ego. Wyglądał dobrze i radośnie i to go trochę niepokoiło. W końcu miał w pamięci ich pewne spotkanie sprzed kilku tygodni. Nie zamierzał jednak w żaden sposób tego komentować.
– 1929. Nigdy nie będzie lepszego rocznika – stwierdził pogodnie w jednym ręku mając kieliszek, a w drugim talerz z tortem. Nie tak dobrym, jak ten na ich weselu, ale też przepyszny.
– Ja bym chyba poszedł w średniowiecze – stwierdził. – Ale odpuścił tego białego jelenia, to chyba byłby jednak zbędny dramatyzm. Zamiast tego zainscenizowałbym prawdziwy jarmark... Albo nie, ucztę rycerską. Niby wszystko spokojnie, przyjemnie, zaraz ukoronujemy Morphy'ego na nowego pana tych ziem, a tu nagle BAM. Z zamku wyłania się bestia! I krzyczy, że nie odda swojego domu tak łatwo! I wtedy ktoś rzuci Morpheusowi miecz, trochę powalczą, ale oczywiście ją pokona! I wtedy będzie czas na fajerwerki! Czerowne jak jej krew! I niech się ułożą w jakiś fajny herb, Morpheusu, wymyśl sobie jakiś.
Tak. Widział to. Jeszcze jeśli by się dobrze ubrało Morpheusa i znalazło kogoś kto przebralby się za bestie... Nie. Nie przebrał. Chyba lepiej będzie zatrudnić kogoś kto ukształtuje iluzję jakiejś chimery, a potem, gdy Longbottom zada "ostateczny cios" sprawi, że potwór zniknie w czerwonej mgle. I wtedy dopiero przyjdzie pora na fajerwerki. Upił łyka szampana bardzo z siebie dumny.