20.05.2024, 14:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2024, 14:40 przez Brenna Longbottom.)
- Wspaniale, żadnych krwotoków, żadnych świeżych ran kłutych ani szarpanych i Francesca wcale nie biega za mną, bijąc mnie kalendarzem... nie pytaj, miałam dziwny sen... więc wszystko jest świetnie.
Była okropnie rozczochrana, blada, miała na sobie cudzą bluzę (bo ta jej własna była porwana i pokrwawiona) i jak zwykle poruszała się bardzo szybko, tak teraz w jej ruchy wkradła się pewna ostrożność, pojawiająca się wtedy, kiedy człowiek trochę się martwił, że nagły ruch może wywołać ból. Ogólnie rzecz biorąc wyglądała więc okropnie i krewni z rodu Potterów (oraz wujek Morpheus, zapewne z Jonathanem do społu) załamaliby nad nią ręce, wznosząc modlitwy do dowolnych bogów, jacy zechcieliby słuchać. Podwójne, że dała się tak zobaczyć komuś spoza rodziny.
Ale była żywa i to chwilowo w zupełności Brennę zadowalało.
Poza tym ofiarowano jej naleśniki.
- Nie no, wiem, że to był kiepski wieczór, ale nie aż tak, żebym chciała ukrócać twoje męki - roześmiała się, kiedy dotarło do niej, jak musiały zabrzmieć jej słowa. Miała skłonności ze skakania z tematu na temat i teraz efekt był dość zabawny. Śmiech jednak dość szybko umilkł, bo jednak ta rana jeszcze trochę bolała: ale raczej tak, jak bolałoby zwykłe rozcięcie, a nie władowanie ci noża między żebra. - Oczywiście, że jestem ci winna. Za prywatną wizytę medyczną i jeszcze widzę za nocleg w hotelu ze śniadaniem. Naleśniki z owocami? I w dodatku ta pościel jest bardzo podobna do tej, jaką mieliśmy w wieży Gryffindoru, po prostu mogłam się poczuć prawie jak u siedlisku Gryfonów, tylko mniej bałaganu. Minimum cztery gwiazdki, panie Prewett - powiedziała, opadając na krzesło. Może nie wypadało i powinna się stąd zwinąć jak najszybciej, ale do licha, to były naleśniki, sam proponował, a potem naprawdę miała zamiar wysłać mu jeśli nie zapłatę za konsultację medyczną, to przynajmniej najdroższy i najładniejszy obrus jaki znajdzie. I może bon na naleśniki w pobliskiej restauracji na najbliższe pół roku.
- Może Francesca nie jest taka zła tylko... eee... poczuła się urażona i trochę ją poniosło - powiedziała dyplomatycznie, chociaż jak przypomniała sobie, co wyprawiała w przypadku jej brata, to musiała przyznać, że chyba tym razem faktycznie mogła wyświadczyć mu przysługę, prawie umierając na jego progu. - Ale hm, no nie zapamiętałam jej najlepiej, to fakt, żal mi było mojego biednego brata. Powiedziałabym, żebyś zaprosił na randkę moją kuzynkę Lucy, jest jakoś w twoim wieku, i jest dużo spokojniejsza niż ja, no i chyba nie planowałaby od razu domku z ogródkiem, bo ma ogródek u nas, ale nie wiem, jak zniósłbyś nasze rodzinne obiadki - oświadczyła, porywając kawałek naleśnika. Dlatego na kolejne pytanie odpowiedziała dopiero po chwili, wciąż jeszcze przeżuwając i przysłaniając usta dłonią.
- Mhm? Nie piątek. Zdaje mi się, że była sobota. I na pewno nie trzynasty - powiedziała, próbując przebić się przez pewną mgłę wciąż przysłaniającą jej umysł, bo jednak rozespanie i osłabienie dalej robiły swoje. - Zaraz, chyba szósty września? Cholera, to znaczy, że dziś jest siódmy. I że jutro wieczorem muszę być na niewielkim przyjęciu u Potterów. Szkoda, że nie dźgnięto mnie tym nożem dziś w nocy, może to by mnie usprawiedliwiało, ale od wczoraj do poniedziałku to już nie uznają za tego za dostateczny powód...
Była okropnie rozczochrana, blada, miała na sobie cudzą bluzę (bo ta jej własna była porwana i pokrwawiona) i jak zwykle poruszała się bardzo szybko, tak teraz w jej ruchy wkradła się pewna ostrożność, pojawiająca się wtedy, kiedy człowiek trochę się martwił, że nagły ruch może wywołać ból. Ogólnie rzecz biorąc wyglądała więc okropnie i krewni z rodu Potterów (oraz wujek Morpheus, zapewne z Jonathanem do społu) załamaliby nad nią ręce, wznosząc modlitwy do dowolnych bogów, jacy zechcieliby słuchać. Podwójne, że dała się tak zobaczyć komuś spoza rodziny.
Ale była żywa i to chwilowo w zupełności Brennę zadowalało.
Poza tym ofiarowano jej naleśniki.
- Nie no, wiem, że to był kiepski wieczór, ale nie aż tak, żebym chciała ukrócać twoje męki - roześmiała się, kiedy dotarło do niej, jak musiały zabrzmieć jej słowa. Miała skłonności ze skakania z tematu na temat i teraz efekt był dość zabawny. Śmiech jednak dość szybko umilkł, bo jednak ta rana jeszcze trochę bolała: ale raczej tak, jak bolałoby zwykłe rozcięcie, a nie władowanie ci noża między żebra. - Oczywiście, że jestem ci winna. Za prywatną wizytę medyczną i jeszcze widzę za nocleg w hotelu ze śniadaniem. Naleśniki z owocami? I w dodatku ta pościel jest bardzo podobna do tej, jaką mieliśmy w wieży Gryffindoru, po prostu mogłam się poczuć prawie jak u siedlisku Gryfonów, tylko mniej bałaganu. Minimum cztery gwiazdki, panie Prewett - powiedziała, opadając na krzesło. Może nie wypadało i powinna się stąd zwinąć jak najszybciej, ale do licha, to były naleśniki, sam proponował, a potem naprawdę miała zamiar wysłać mu jeśli nie zapłatę za konsultację medyczną, to przynajmniej najdroższy i najładniejszy obrus jaki znajdzie. I może bon na naleśniki w pobliskiej restauracji na najbliższe pół roku.
- Może Francesca nie jest taka zła tylko... eee... poczuła się urażona i trochę ją poniosło - powiedziała dyplomatycznie, chociaż jak przypomniała sobie, co wyprawiała w przypadku jej brata, to musiała przyznać, że chyba tym razem faktycznie mogła wyświadczyć mu przysługę, prawie umierając na jego progu. - Ale hm, no nie zapamiętałam jej najlepiej, to fakt, żal mi było mojego biednego brata. Powiedziałabym, żebyś zaprosił na randkę moją kuzynkę Lucy, jest jakoś w twoim wieku, i jest dużo spokojniejsza niż ja, no i chyba nie planowałaby od razu domku z ogródkiem, bo ma ogródek u nas, ale nie wiem, jak zniósłbyś nasze rodzinne obiadki - oświadczyła, porywając kawałek naleśnika. Dlatego na kolejne pytanie odpowiedziała dopiero po chwili, wciąż jeszcze przeżuwając i przysłaniając usta dłonią.
- Mhm? Nie piątek. Zdaje mi się, że była sobota. I na pewno nie trzynasty - powiedziała, próbując przebić się przez pewną mgłę wciąż przysłaniającą jej umysł, bo jednak rozespanie i osłabienie dalej robiły swoje. - Zaraz, chyba szósty września? Cholera, to znaczy, że dziś jest siódmy. I że jutro wieczorem muszę być na niewielkim przyjęciu u Potterów. Szkoda, że nie dźgnięto mnie tym nożem dziś w nocy, może to by mnie usprawiedliwiało, ale od wczoraj do poniedziałku to już nie uznają za tego za dostateczny powód...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.