Wstydził się tego nieustannie. Swojej słabości, swoich rozczuleń, tego, jak łatwo płakał, bo w końcu załamywał się pod naporem wszystkich sił z zewnątrz i najgorszego wroga, jakiego posiadał - siebie samego. Crow miał rację - czasami słowa, że już wszystko będzie dobrze, że cicho, przestań płakać, uspokój się, były najgorszymi, jakie można było usłyszeć. Nie wspominając o tych, które naprawdę cięły i raniły. Słowa takie, jakie miał zarezerwowane na przykład Edward Prewett. Z tym obrzydzeniem w oczach, z tym prostym zwrotem, że wstydzi się mieć takiego syna. Jak mógłby narzekać? Przynajmniej miał ojca, który chociaż się starał. Crow został porzucony, zagubił się już jako dziecko i teraz nosił te wszystkie blizny na rękach, które były takie straszne, takie brzydkie... które chciało się ukoić palcami i chłodnym dotykiem (tym gorącym), jakby to były ciągle otworzone rany. Wstydził się tego, że tak pękł na tysiące małych kawałków i myśli, że nie chciał zostawiać skóry Flynna mokrej. Nie chciał gnieść jego kurtki i nie chciał zajmować mu czasu tym żałosnym biadoleniem, które już sam przed sobą krytykował. Męczył sam fakt, że istniało. Istniało, bo był zmęczony. Był zmęczony, bo... zamknięte, ślepe koło. Kto inny jak nie ten czarnowłosy wyrzutek społeczeństwa miał to koło zrozumieć? Tak jakoś wyszło, że nadal płakanie przy nim było jakieś... lżejsze. Nawet jeśli pluł sobie w brodę, że wpadał przy nim w histerię, zamiast próbować jakoś ukoić poszarpane rany tej błądzącej Wrony.
- Hah... - Zmemlał chustkę w dłoni, którą teraz trzymał i uśmiechnął się nikle na jego słowa. Miał przepraszać mniej, albo nie przepraszać wcale - starał się to robić. - Przepraszam, bo moje wyobrażenie spędzonego wspólnie czasu miało piękniejsze kolory niż... to. - Podobno nie było niczego takiego, czego jeszcze się udało odbudować, ale czy na pewno chciał przy tym pierdzielić o swoich problemach? Tak licznych, a większość z nich pewnie by... znudziła Flynna..? Spojrzał na Flynna - w końcu się odważył. Czuł się tak, jakby dopiero teraz go widział. Albo jakby poznał zupełnie innego człowieka - kolejną z masek, albo ciągle tą samą, tylko pod zupełnie innym kątem? Lub wszystko z nim było w porządku, to tylko jego mózg tak świrował. Crow wstał i pomaszerował w stroną jadalni, a głowa Laurenta za nim. Aż się wyprostował, patrząc z niezrozumieniem na to, co ten wyprawia. - Tak... - Przytaknął odruchowo. I wytrzeszczył te wielkie oczy na Edga, kiedy ten złapał ten wazon, rozchylił usta, w proteście, ale żaden dźwięk się z jego gardła nie wydobył. Podniósł się wręcz, kiedy Crow podszedł do drzwi i miotnął tym wazonem..! Stanął zaraz obok Flynna, który już zamknął taras jakby dla pewności, że Laurent za nimi nie wyleci. A Laurent się na to gapił w otępieniu. Perseusowi byłoby przykro... Sam chciał wyrzucić te słoneczniki. Ryczał jak głupi nad tym bukietem, kiedy minęła pierwsza fala euforii i przyszło zrozumienie tego, co się właściwie wydarzyło. Nie chcę cię zawieść - tak napisał w liściu załączonym do kwiatów. Albo coś podobnego.
Ulga była obezwładniająca. Jakby coś bardzo ciężkiego zostało odcięte od jego nogi. Formy podziękowania miały różną formę - Laurent obrócił się do Flynna i sięgnął wargami do jego warg. W przypływie emocji, które były zupełnie niestabilne w jego sercu. Oparł się czołem o jego czoło.
- Mam. - Przyznał szeptem. - Zbudujesz mi dom? - Wtedy to były jakieś półsenne majaki. Teraz wydawało się to całkiem realne. Wiedział, że ma pracę w cyrku, że ma swoje życie, swoje zajęcia.