Sauriel był bardzo bliski prawdy. W końcu Stanley po kryjomu działał w ECPU Nokturn i wyszukiwał złodziejaszków flaszek. Podszywał się całymi godzinami pod nic nieświadomych właścicieli knajp, aby później móc z Czarnym Kotem odpalić nagrywanie i czym prędzej zmontować filmik na youtube'a wyjaśnić oponenta. Borgin chodził przecież po tej mrocznej części magicznego Londynu i rozrzucał karteczki z podpisem "Tomek, mam lokal od tygodnia. Z chęcią wymienię się doświadczeniem w prowadzeniu takiego przybytku". Wszystko byłoby zapewne wspaniałe, gdyby tylko nie była kłamstwem. Ułudą.
- Makao - odparł czym prędzej na oskarżenia, które miały zaraz paść w jego stronę. W tym wypadku, Sauriel musiał uznać jego wyższość i przyznać mu zwycięstwo. Co z tego, że grali w pokera - nikt nie ustalał reguł w tym pasjansie.
Stanley przyglądał się jak jego Czarny Kot - "o kurwa" zrodziło się nawet przez chwilę w jego głowie - związuje ich gościa. Po pierwsze - skoro Victoria kazała mu się opiekować Rookwoodem, oznaczało to, że teraz on odpowiadał za jego wychowanie? Za to aby go wystarczająco wygłaskać? Aby dać mu mleczka do picia? Aby mu wyczyścić kuwetę? Bardzo dużo obowiązków jak na kogoś dorosłego - to już ogórki były prostsze w pilnowaniu.
Po drugie - przypominał mu pewnego zagranicznego strongmena, który był jednym z haseł krzyżówki. Zwali go Marian Pudzianowsky? Może Mariush? Straszne dziwne miał to imię, wszak pochodził gdzieś ze wschodu, a to było chyba dalej, niż Anglia i ta cała Francyja, co teraz młodzież tam jeździła. Nie mniej jednak był równie silny, a może i silniejszy od niego. A może powinni byli go porwać i zestawić ich dwójkę w pojedynku? Wspaniała myśl!
- Eee... - zdziwił się na słowa Rookwooda. Zaraz zachciało mu się płakać i pewnie poleciałaby jedna łezka, ale musiał się jakoś prezentować przed ich koleszkom. Bardzo miło zrobiło się Stanleyowi, że jego przyjaciela tak dobrze go znał i widział te wszystkie rzeczy, które go trapiły. Naprawdę doceniał fakt, że Ananasek dostrzegł brak krzyżówek w jego życiu, wszak ostatnią skończył jakoś wczoraj rano i tak siedział o suchym pysku.
- Dzięki - ewidentnie się dogadywali z Saurielem. Bez dwóch zdań nastąpiła aktywacja tej legendarnej komórki - Aha - zreflektował się po chwili, zdając sobie sprawę, że te słowa otuchy nie były skierowane do niego.
- Ok - odpowiedział - Aha. Bez kitu - ponownie się poprawił, wszak nie było to do niego. Jaki ten świat potrafił być przewrotny. Emocje w tej sali to zmieniały się jak w kalejdoskopie. Rookwood mógł jednak ostrzec swojego Ananaska o tym, że taki będzie przebieg rozmowy - wtedy Stanley mógłby się przygotować, a nie improwizować.
- Ja? - zapytał, chcąc mieć pewność, że na pewno chodzi o tą jego biedną, umęczoną duszę, która nienawidziła rozlewu krwi - Ja się przecież brzydzę przemocą - wystawił ręce przed siebie w geście obronnym. W końcu Borgin był artystom... Dobra, nie był. No i nie brzydził się przemocą. No i chciał mu przylać. W zasadzie to właśnie zrobił.
Gleba, gleba, łapa jak bochen chleba. Korzystam z aktywności fizycznej.
Slaby sukces...
Akcja nieudana
Tak bardzo był przeciwny oklepowi po mordzie, że aż był za. Nie czekając na kolejne zachęty, ze wszystkich sił starał się przyłożyć ich gościowi. Kilka razy widział jak robił to Sauriel, więc postanowił zrobić dokładnie to samo. Łapy przed siebie, dwa szybkie wdechy i wydechy i sru.
- I myk, cios w nos! - skomentował, ponieważ bardem się było, a nie bywało. Zaraz musiał jednak wziąć kilka głębszych oddechów, ponieważ było to męczące. Karwasz twarz Barabasz... jak Ty to robisz? pytał w myślach, podpierając się dłońmi o własne kolana. Kurestwo zwane boksem było bardzo męczące.
- Jak Ty to kurwa robisz? - powtórzył pod nosem. Gdzie mój ręcznik? Gdzie moja woda? Czy rundę pierwszą możemy już skończyć? błagał w myślach, dalej dochodząc do siebie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972