Skłonił lekko głowę w podzięce za udzielenie mu tej łaski i przyjęcie jego przeprosin. Dla niej mogło to być tylko pięć minut, jednak dla niego oznaczało to, że nie stosował się do własnych wyśrubowanych norm. A to nie było coś, wobec czego mógł przejść obojętnie.
— To też jakieś rozwiązanie. Przydałoby się tam trochę światła — parsknął cichym śmiechem, słuchając Nory.
Longbottom poszedł w ślady swojej przyjaciółki i odwiesił swoją kurtkę na oparcie. Chociaż tuż po przyjściu z ulicy było mu wciąż nieco zimno, tak wiedział, że dosyć szybko się rozgrzeje pod wpływem alkoholu, jak i samego ciepła panującego w lokalu pełnego gości. Kto wie, może obsługa narzuciła też na wnętrze jakieś zaklęcia rozgrzewające, co by uczynić to miejsce bardziej przyjaznym zbłąkanym duszom?
— Ależ ja się nie sprzeciwiam! To jest przede wszystkim Twój wieczór i masz się dobrze bawić. Jeśli widok mnie z kolorowym drinkiem ma w tym pomóc, to przełknę swoją dumę i łyknę nieco alkoholu. — Przetarł lekko oczy, jak gdyby pozbywał się z nich drobnej łezki. — Poza tym trzeba próbować nowych rzeczy, prawda? Kto wie, może nawet mi posmakuje. Nie samą ognistą człowiek żyje.
Dosyć szybko w ich ręce wpadła karta lokalu, a Erik mimowolnie zerknął na strony, na które nie zwykł zwracać zbytniej uwagi. Połowa nazw brzmiała jednak obco, a pobieżna lista składników sprawiała, że zaczynał powątpiewać, czy gdyby zamówił dany trunek, to faktycznie dostałby alkohol. Postanowił więc w pełni zdać się na swoją przyjaciółkę. Chciał wierzyć, że miała dobry gust i go nie zawiedzie.
— Ach, właśnie! Miałem Ci się pochwalić. Te wszystkie sprawy, które załatwiałem, to była jedna z nich — rozgadał się, grzebiąc po kieszeniach, aż w końcu wyciągnął z jednej małe zawiniątko, zapakowane w brązowy papier. — Byłem w porcie, pospacerowałem sobie trochę i... kupiłem łódkę. — Położył na stole miniaturowy jacht, który wyglądał jak pamiątka, jakich wiele sprzedawali mugolom spragnionych suwenirów turystom. Brakowało tam tylko podpisu „Made in China”. — Jestem pewny, że daleko nią popłynę, nie sądzisz?
Parsknął cichym śmiechem, jakby właśnie opowiedział najlepszy dowcip na świecie i obrócił zabawkę, nachylając się nad nią lekko. Czyżby Erik akurat pierwszego kwietnia odkrył w sobie zupełnie nową pasję, jaką było kolekcjonowanie modeli? Cóż, każdy miał jakieś hobby. Brenna obsesyjnie czytała książki i sprowadzała z niemagicznego Londynu kolekcjonerskie zestawy klocków, to czemu on nie miałby sobie znaleźć jakiegoś zajęcia? Uczestniczył w spotkaniach klubu pojedynków, lubił spędzać czas na świeżym powietrzu, ale jednak to było coś namacalnego. Coś, co mógł postawić na półce, pochwalić się innym i opowiedzieć historię związaną z nabyciem danego egzemplarza.
Mężczyzna zapewne uraczyłby Norę takową opowiastką, gdyby nie to, że dziewczyna z obsługi przyniosła im pierwszą kolejkę. Erikowi zabłysły oczy, gdy zobaczył, że kolorowy drink faktycznie był bardzo... barwny. Przechylił głowę w bok, przyglądając się płynowi, jakby przyszedł tu, aby skontrolować jakość wydawanych przez pracowników alkoholi.
— Muszę przyznać, że faktycznie ma swego rodzaju walory... estetyczne — skomentował, unosząc szkło i czekając, aż Figg zrobi to samo. W końcu należało wznieść toast za udany wieczór!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞