20.05.2024, 22:49 ✶
Degenhardt czerpał swoją inspirację z ludzkich emocji. Tych najgorszych, najbardziej bestialskich, smutnych i powodujących gorycz, zwątpienie. Muzyka była jego ulubionym medium. Nawet najlepsze farby po czasie brązowiały, a obrazy trzeba było poprawiać, rujnując ich pierwotny odbiór. Gliniane garnki rozpadały się w proch. Metal przekuwano w nowe ozdoby i narzędzia. Słowa... słowa były jak woda, nigdy nie były takie same - takie przez moment cenione potrafiły stać się źródłem nieokiełznanego bólu, tracąc swoją moc. W muzyce Degenhardt widział coś wiecznego. Nie było takiej muzyki, żeby ją stworzył i nie udało jej się sięgnąć do ludzi w dokładnie taki sposób, w jaki chciał - czasem tylko jesienny wiatr zdmuchiwał je na ubocza, ale nigdy na tyle daleko, żeby nikt jej nigdy nie odnalazł.
Taki wiele (w jego oczywiście opinii) miała jego muzyka związek z przyrodą, że łzy ronione w zetknięciu z tym, co w niej zaklął, nawadniały ziemię i pozwalały zakwitnąć na niej smutnym kwiatom. Czy miał rację? Cóż, sztuka miała to do siebie, że każdy mógł odbierać ją nieco inaczej - wielu by się z nim więc nie zgodziło - odnalazłoby w jego twórczości tyle nawiązań do Koła Roku, ile tylko były w stanie udźwignąć ludzkie myśli. On sam, w tym jednym utworze, mimo niechęci do tych przyrodniczych nawiązań, czuł coś, co przywoływało na myśl świergot ptaków. Nie pasowała do niego twórczość związana z miłością. Pasowało do niego za to pożądanie i jego skrajności - pomiędzy powiewem zimy i dotykiem szorstkich, zimnych palców na rozgrzanej skórze, przychodziło wilgotne, letnie powietrze. Język zatapiający się pomiędzy nogami. Brak tu było błękitnego wiosennego nieba i jesiennych, czerwonych liści. Były krzyk kiedy na to pozwolił i cisza, kiedy to nakazał. Były rozkosz i tęsknota, uniesienie i wypalenie. Skomponował to dla swojej żony - ostrożnie, z wyczuciem, ale to wciąż był sztorm - burza emocji, której źródłem była Lavinia reagująca na niego. Na człowieka nierozumiejącego słowa „nie”, niezdolnego do przyjęcia odmowy. To był bardzo krwawy erotyk - mówił o przyjemności, ale i o klęknięciu przed kimś i oddaniu mu się na jego zasadach. Przerażająca, ale podniecająca pieśń mimo niesionego wraz z kolejnymi nutami niepokoju, była jednym z zapewne ostatnich dowodów na to, że Degenhardt jest, a przynajmniej był człowiekiem. Każda kolejna miała stać się historią upadku.
- Otto?
Umbriel zaśmiał się tylko, nie przerywając grania muzyki. W takiej sytuacji usłyszeć imię bliskiego - niedokończone jedynie przez przyspieszony oddech i westchnienie. Niby nie był zazdrosny, tak mu się przynajmniej wydawało, ale pojawił się w nim jakiś cień frustracji - że dało się nałożyć na te nuty obraz kogoś innego niż on sam. Nadawało im to innego znaczenia, niż zamierzał. Wciąż intensywnego, ale chociaż wstyd to pewnie publicznie przyznać - napisał każdą z nich o sobie.
Pokój, w którym się znajdowali, pachniał popiołem. On sam też. I to nie był już tylko duszący papierosowy dym - to było coś innego, postępująca zgnilizna zdegradowanej na własne życzenie duszy - a jednak wciąż potrafił grać z takim samym rezultatem jak wcześniej. Ciekawy to będzie eksperyment, jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, a on zachowa resztki trzeźwego umysłu. Już teraz miał wrażenie, że oddalił się od wizerunku prezentowanego jako zatrudniony muzyk - żaden już był z niego bywalec salonów, nawet jeśli część tej maniery w nim pozostała. Wciąż lubił plotki i picie wina, ale nie odgrywanie ról. Bardziej niż tańczące pod zasłoną woalek panie z dobrego domu podobała mu się teraz ona - ktoś na kogo wcześniej nie zwróciłby aż takiej uwagi - wtedy bardziej niż uniesienia interesowała go po prostu kariera. Dziś, kiedy tu siedział, postać o tak iście arystokratycznej urodzie, a jednocześnie duszą zszarganą byciem potworem zdolnym do pożerania cudzych serc, wydawała mu się o wiele bliższa. Tylko Lorraine wciąż ukrywała swąd spalenizny pod grubą warstwą eleganckich perfum. Pozowana dama - niegotowa na to, co on już chwycił i nie zamierzał tego puszczać. Ah, podobało mu się to określenie.
Pozowana dama.
Muzyka przyspieszała wraz z jej oddechem, tak jak i przyspieszały pchnięcia bioder, kiedy część ciebie mówiła dość, ale reszta szykowała się już do szczytu. Rytm się utrzymywał, raz, dwa trzy i... Przerwał nagle. Kiedy wszystko było już tak blisko.
- Nigdy jej nie skończyłem - oznajmił, niby spokojnie, ale w błękitnych tęczówkach dało się dostrzec cień drwiny. Tak naprawdę ten utwór miał swój koniec - szczyt wynoszący słuchającego w błogostan - ale nie dokończył jej teraz przez bycie wrednym człowiekiem wylewającym frustrację na innych. Nie dokończył jej tak, jak ona nie dokończyła imienia jego młodszego brata.
Taki wiele (w jego oczywiście opinii) miała jego muzyka związek z przyrodą, że łzy ronione w zetknięciu z tym, co w niej zaklął, nawadniały ziemię i pozwalały zakwitnąć na niej smutnym kwiatom. Czy miał rację? Cóż, sztuka miała to do siebie, że każdy mógł odbierać ją nieco inaczej - wielu by się z nim więc nie zgodziło - odnalazłoby w jego twórczości tyle nawiązań do Koła Roku, ile tylko były w stanie udźwignąć ludzkie myśli. On sam, w tym jednym utworze, mimo niechęci do tych przyrodniczych nawiązań, czuł coś, co przywoływało na myśl świergot ptaków. Nie pasowała do niego twórczość związana z miłością. Pasowało do niego za to pożądanie i jego skrajności - pomiędzy powiewem zimy i dotykiem szorstkich, zimnych palców na rozgrzanej skórze, przychodziło wilgotne, letnie powietrze. Język zatapiający się pomiędzy nogami. Brak tu było błękitnego wiosennego nieba i jesiennych, czerwonych liści. Były krzyk kiedy na to pozwolił i cisza, kiedy to nakazał. Były rozkosz i tęsknota, uniesienie i wypalenie. Skomponował to dla swojej żony - ostrożnie, z wyczuciem, ale to wciąż był sztorm - burza emocji, której źródłem była Lavinia reagująca na niego. Na człowieka nierozumiejącego słowa „nie”, niezdolnego do przyjęcia odmowy. To był bardzo krwawy erotyk - mówił o przyjemności, ale i o klęknięciu przed kimś i oddaniu mu się na jego zasadach. Przerażająca, ale podniecająca pieśń mimo niesionego wraz z kolejnymi nutami niepokoju, była jednym z zapewne ostatnich dowodów na to, że Degenhardt jest, a przynajmniej był człowiekiem. Każda kolejna miała stać się historią upadku.
- Otto?
Umbriel zaśmiał się tylko, nie przerywając grania muzyki. W takiej sytuacji usłyszeć imię bliskiego - niedokończone jedynie przez przyspieszony oddech i westchnienie. Niby nie był zazdrosny, tak mu się przynajmniej wydawało, ale pojawił się w nim jakiś cień frustracji - że dało się nałożyć na te nuty obraz kogoś innego niż on sam. Nadawało im to innego znaczenia, niż zamierzał. Wciąż intensywnego, ale chociaż wstyd to pewnie publicznie przyznać - napisał każdą z nich o sobie.
Pokój, w którym się znajdowali, pachniał popiołem. On sam też. I to nie był już tylko duszący papierosowy dym - to było coś innego, postępująca zgnilizna zdegradowanej na własne życzenie duszy - a jednak wciąż potrafił grać z takim samym rezultatem jak wcześniej. Ciekawy to będzie eksperyment, jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, a on zachowa resztki trzeźwego umysłu. Już teraz miał wrażenie, że oddalił się od wizerunku prezentowanego jako zatrudniony muzyk - żaden już był z niego bywalec salonów, nawet jeśli część tej maniery w nim pozostała. Wciąż lubił plotki i picie wina, ale nie odgrywanie ról. Bardziej niż tańczące pod zasłoną woalek panie z dobrego domu podobała mu się teraz ona - ktoś na kogo wcześniej nie zwróciłby aż takiej uwagi - wtedy bardziej niż uniesienia interesowała go po prostu kariera. Dziś, kiedy tu siedział, postać o tak iście arystokratycznej urodzie, a jednocześnie duszą zszarganą byciem potworem zdolnym do pożerania cudzych serc, wydawała mu się o wiele bliższa. Tylko Lorraine wciąż ukrywała swąd spalenizny pod grubą warstwą eleganckich perfum. Pozowana dama - niegotowa na to, co on już chwycił i nie zamierzał tego puszczać. Ah, podobało mu się to określenie.
Pozowana dama.
Muzyka przyspieszała wraz z jej oddechem, tak jak i przyspieszały pchnięcia bioder, kiedy część ciebie mówiła dość, ale reszta szykowała się już do szczytu. Rytm się utrzymywał, raz, dwa trzy i... Przerwał nagle. Kiedy wszystko było już tak blisko.
- Nigdy jej nie skończyłem - oznajmił, niby spokojnie, ale w błękitnych tęczówkach dało się dostrzec cień drwiny. Tak naprawdę ten utwór miał swój koniec - szczyt wynoszący słuchającego w błogostan - ale nie dokończył jej teraz przez bycie wrednym człowiekiem wylewającym frustrację na innych. Nie dokończył jej tak, jak ona nie dokończyła imienia jego młodszego brata.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me