21.05.2024, 02:27 ✶
Czy to był ten przypadek, kiedy powinno się czcić kogoś jak księżyc? W ciszy i z dystansu obserwować zachodzące na nim zmiany, ale nie wyciągać rąk po coś, co zostało stworzone do oglądania? Nie. W jakim sensie może tak, ale nie w każdym... Bo księżyc wisiał nad nimi i istniał mimo wszystko, a Laurent zdawał się sypać - potrzebował pomocy, ale sam najwyraźniej nie wiedział jakiej. Co mu po nowym domu, jeżeli zaprosi do niego tych samych ludzi? Co mu po nowym domu, jeżeli urządzi go tak samo, jeżeli będzie trzymał w nim takie cholerne wazony z czystego sentymentu, jeżeli... ah no tak.
Znowu to robił.
Znowu zakładał na niego swój obraz. Ale jego namalowano tak, żeby takie wazony kupować tylko i wyłącznie jeżeli nie było szkoda ich stłuc. Wszystko dobierał tak, aby nie było przykro zniknąć, odejść. Nie miał żadnych planów innych niż bycie wśród ludzi, a on miał ten cholerny rezerwat i na pewno mu na nim zależało. Przyzwyczajał się. Chciał mieć swoje miejsce. To było coś, czego Flynn nigdy nie potrafił w pełni pojąć. U niego wszystko było na chwilę. Wszystko oprócz ludzi - ich chciał mieć na zawsze.
- I znalazłeś jakiś? - Wydawało mu się, że niebo znowu przeciął piorun, a później usłyszał potwierdzający to grzmot. Nie drgnął jednak, pozostając w pozycji, jaką Laurent najwyraźniej uznał za komfortową. Sam by jej w życiu za taką nie uznał - ten obraz przedstawiający Flynna zawierał też kanapę, na której mógł wyłożyć się z paczką czekolady i oglądać telewizję. A dlaczego był w takim stanie? Czemu go to w ogóle obchodziło? - Eh? - Rozproszyło go to, więc drgnął jednak i na kilka sekund przestał zadzierać głowę do góry. - Spiłem się, bo miałem focha. - Nie dostrzegał w tym nic szczególnie głębokiego. Nigdy przecież nie porzucił używek - swój stan uznawał więc za względnie normalny, zwłaszcza w kontekście tego ile razy chlali z Alexandrem wódkę przed zaśnięciem. Mogli mu mówić co chcieli, ale po alkoholu naprawdę łatwiej się mówiło i milej zasypiało. - Nie spodziewałem się tylko, że ktoś mi tam zacznie śpiewać, huh.
Znowu to robił.
Znowu zakładał na niego swój obraz. Ale jego namalowano tak, żeby takie wazony kupować tylko i wyłącznie jeżeli nie było szkoda ich stłuc. Wszystko dobierał tak, aby nie było przykro zniknąć, odejść. Nie miał żadnych planów innych niż bycie wśród ludzi, a on miał ten cholerny rezerwat i na pewno mu na nim zależało. Przyzwyczajał się. Chciał mieć swoje miejsce. To było coś, czego Flynn nigdy nie potrafił w pełni pojąć. U niego wszystko było na chwilę. Wszystko oprócz ludzi - ich chciał mieć na zawsze.
- I znalazłeś jakiś? - Wydawało mu się, że niebo znowu przeciął piorun, a później usłyszał potwierdzający to grzmot. Nie drgnął jednak, pozostając w pozycji, jaką Laurent najwyraźniej uznał za komfortową. Sam by jej w życiu za taką nie uznał - ten obraz przedstawiający Flynna zawierał też kanapę, na której mógł wyłożyć się z paczką czekolady i oglądać telewizję. A dlaczego był w takim stanie? Czemu go to w ogóle obchodziło? - Eh? - Rozproszyło go to, więc drgnął jednak i na kilka sekund przestał zadzierać głowę do góry. - Spiłem się, bo miałem focha. - Nie dostrzegał w tym nic szczególnie głębokiego. Nigdy przecież nie porzucił używek - swój stan uznawał więc za względnie normalny, zwłaszcza w kontekście tego ile razy chlali z Alexandrem wódkę przed zaśnięciem. Mogli mu mówić co chcieli, ale po alkoholu naprawdę łatwiej się mówiło i milej zasypiało. - Nie spodziewałem się tylko, że ktoś mi tam zacznie śpiewać, huh.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.