Dłuższą chwilę jedynymi dźwiękami, jakie docierały do Geraldine Yaxley były odgłosy ulicy i bawiących się na dole ludzi. Jeżeli Crow w ogóle przyszedł dzisiaj do Kotła, to musiał bawić się tam w najlepsze, bo wszyscy goście śmiali się wesoło i tupali tak głośno, że ciężko było wyłapać pojedyncze głosy. Świr z Podziemi dotrzymał jednak obietnicy i nim ostatnia nadzieja w Yaxleyównie zgasła, usłyszała głos swojego brata.
- Ciiicho, czy ty zawsze musisz wydawać tyle dźwięków?
- Mam być cicho? - Crow brzmiał teraz wręcz kokieteryjnie. - Obawiam się, że będziesz musiał mnie do tego zmusić - powiedział, cudem zmuszając chichot. Nie szczęśliwy chichot, tylko paniczny chichot i Yaxley szybko przekonała się dlaczego - jego plecy uderzyły o drzwi pokoju, w którym siedziała.
- Jesteś nawet słodki, kiedy się rumienisz.
- Mhm. - Nawet jego westchnienie brzmiało przekonująco, ale bazując na tym, ile razy dzisiaj oznajmił wszem wobec, że miał dziewczynę, musiał udawać. - No chooodź, opowiedz mi o tym co się działo jak nie gadaliśmy.
Znów cisza, przeplatana brzdękaniem kluczy. A później trzaśnięcie drzwi. Kilka długich sekund trwających tyle, co wieczność.
- Cholernie tu duszno - dobiegło wreszcie jej uszu, wraz z dźwiękiem otwieranej okiennicy. - O cholera, to wino kosztuje tyle, co moja miesięczna wypłata.
To było tak durne kłamstwo. Nie dostawał żadnej wypłaty. Dostawał przedmioty, o które poprosił i buziaki na dobranoc. I cholernie, z całego swojego zeszmaciałego serducha, nienawidził drogich alkoholi. I Crow przysiągłby, że każdy znający go dłużej niż dobę wiedział, jak szybko zrzyga się po jakimś Bordeaux kiszonym wraz z ogórkami matki Merlina, ale... I tak przysiadł się obok na kanapę, pozwalając mu objąć się ramieniem. Jasne - to nie było do końca komfortowe, ale mieli tu tylko porozmawiać.
- Złociutki, nie przejmuj się, wszystko dopisuję do rachunku siostry.
Crow zachichotał.
- Nazwałbym ją frajerką, ale przecież ona i tak ma na to kasę. - Dźwięk polewania do szklanki. - No to co robiłeś jak mnie wcięło?
- Ciiicho, czy ty zawsze musisz wydawać tyle dźwięków?
- Mam być cicho? - Crow brzmiał teraz wręcz kokieteryjnie. - Obawiam się, że będziesz musiał mnie do tego zmusić - powiedział, cudem zmuszając chichot. Nie szczęśliwy chichot, tylko paniczny chichot i Yaxley szybko przekonała się dlaczego - jego plecy uderzyły o drzwi pokoju, w którym siedziała.
- Jesteś nawet słodki, kiedy się rumienisz.
- Mhm. - Nawet jego westchnienie brzmiało przekonująco, ale bazując na tym, ile razy dzisiaj oznajmił wszem wobec, że miał dziewczynę, musiał udawać. - No chooodź, opowiedz mi o tym co się działo jak nie gadaliśmy.
Znów cisza, przeplatana brzdękaniem kluczy. A później trzaśnięcie drzwi. Kilka długich sekund trwających tyle, co wieczność.
- Cholernie tu duszno - dobiegło wreszcie jej uszu, wraz z dźwiękiem otwieranej okiennicy. - O cholera, to wino kosztuje tyle, co moja miesięczna wypłata.
To było tak durne kłamstwo. Nie dostawał żadnej wypłaty. Dostawał przedmioty, o które poprosił i buziaki na dobranoc. I cholernie, z całego swojego zeszmaciałego serducha, nienawidził drogich alkoholi. I Crow przysiągłby, że każdy znający go dłużej niż dobę wiedział, jak szybko zrzyga się po jakimś Bordeaux kiszonym wraz z ogórkami matki Merlina, ale... I tak przysiadł się obok na kanapę, pozwalając mu objąć się ramieniem. Jasne - to nie było do końca komfortowe, ale mieli tu tylko porozmawiać.
- Złociutki, nie przejmuj się, wszystko dopisuję do rachunku siostry.
Crow zachichotał.
- Nazwałbym ją frajerką, ale przecież ona i tak ma na to kasę. - Dźwięk polewania do szklanki. - No to co robiłeś jak mnie wcięło?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.