21.05.2024, 11:53 ✶
Brenny nic nie opętało. Wprawdzie magia działała na jej umysł, subtelnie modyfikując wspomnienia, przez to Brenna grzecznie szła po eliksir - inna sprawa, że poszłaby po niego pewnie także dla obcej osoby - i kobieta nawet nie podejrzewała, że cokolwiek może być nie tak, ale w żaden sposób nie sprawiało to, że zamierzała napaść zupełnie zignorować.
- Oberwał dość mocno, może czegoś nie pamięta, a może głupio się mu przyznać. Nie zmuszę go do złożenia zawiadomienia, ale nie zaszkodzi spytać, czy ktoś czegoś nie słyszał albo nie widział - odparła Brenna. Czy Thoran był dziwny? Nigdy dotąd tak nie sądziła, ale niezbyt dziwiła się Heather, że tak myślała. Yaxley nie wyglądał dobrze: prezentował się jak ktoś, kto chlał i wdawał się w uliczne bójki, w dodatku pewnie z przeważającymi siłami, skoro tak rosły i przecież niezły w magii mężczyzna skończył w takim stanie.
Poza tym...
Kiedy ostatni raz go widziała?
- Nie wiem - powiedziała na pytanie Heather, przeczesując włosy palcami, nagle skonsternowana. Ale pamiętała Thorana: nie bywała często u Yaxleyów, ale prawie na pewno przy jednej okazji, gdy tam zajrzała, widziała go na rodzinnych zdjęciach, poza tym twarz była jak najbardziej znajoma i jedyna rzecz, która Brennę naprawdę dziwiła, to że nigdy nie zwróciła uwagi na jego uderzające podobieństwo do Sama. Czyżby któreś z rodziców Sama było spokrewnione z Yaxleyami? Gdyby nie to, że słowa McGonagalla zasugerowały jej kiedyś, że ojciec też przebywał z nimi w Kniei… pomyślałaby, że ojciec Geraldine dwadzieścia parę lat temu mógł zadać się z tą przedziwną kobietą, która umknęła do puszczy. Może o to chodziło: by ojciec nie odebrał swojego syna? – Chodzi o to, że… dawno go nie widziałam. Ale znamy się z Hogwartu, kiedyś byliśmy razem nawet na wakacjach. Mam wrażenie, że w tej alejce trzepnięto go jakąś naprawdę mocną magią? Chyba jak tam weszłam, zahaczyło aż o mnie…
Pokręciła głową, jakby próbując się otrząsnąć, a potem skręciła do apteki, pozostawiając Heather wejście do sklepu naprzeciwko zaułka. W środku krzątała się już sprzedawczyni, najwyraźniej otworzyła jakiś czas temu, rozmawiając z pierwszą klientką, starszą kobietą w czerwonej szacie.
- Coś podać? - spytała sprzedawczyni, przekazując klientce torbę z zapakowanymi rzeczami.
Tymczasem Brenna kupiła eliksir, na szczęście bez żadnej kolejki i od razu wróciła z nim do Thorana. W końcu był ranny.
Tyle że…
Z daleka dostrzegła, że ten coś pije. Kiedy ją zauważył, wrzucił kufel do pobliskiego kosza na śmieci, ale do licha… czy on jednak mógł chodzić i wszedł do baru, pod którym go posadziły po piwo?! Po to były mu te drobne?!
Może jednak źle zauważyła.
– Dzięki, naprawdę, dzięki – ucieszył się, sięgając po eliksir. – Mam jeszcze jedną prośbę…
– Może kupno piwa? – zaproponowała Brenna niewinnym tonem.
– Nie, oczywiście, że nie! – oburzył się Thoran, spoglądając na nią z takim zaskoczeniem, że aż prawie uwierzyła, że Yaxley jednak pił po prostu jakąś wodę. – Widzisz te krzesła, o tam? Miałem pomóc przyjacielowi wnieść je na trzecie piętro, on jest nogą z translokacji, ale no… po drodze mnie napadnięto. Gdybyś mogła…
Brenna przypatrywała się mu przez moment, lekko przekrzywiając przy tym głowę na bok, gestem, którego nabyła odkąd zaczęła zmieniać się w wilka. Bywała głupia, ale nie była skrajnie naiwna. Nie odmawiała przysług przyjaciołom, nie była jednak pewna, czy Thorana Yaxleya faktycznie może nazwać przyjacielem. Przyjaciele to osoby, które są ci faktycznie bliskie, a on był głównie mglistym wspomnieniem wakacji i twarzą zapamiętaną ze zdjęć. A to była bardzo dziwna przysługa. To znaczy byłaby normalna, gdyby po prostu spotkali się na ulicy, ale taka prośba z ust kogoś, kogo ledwo co tutaj pobito?
Mimo to uległa. Czasem, kiedy ktoś prosił o pomoc, była trochę za miękka.
Poza tym przy okazji spyta tego „przyjaciela” o Thorana.
– W porządku, ale jeśli nie poczujesz się lepiej po eliksirze, idziemy do Munga – oświadczyła, odwracając się, by ruszyć do tych cholernych krzeseł.
- Oberwał dość mocno, może czegoś nie pamięta, a może głupio się mu przyznać. Nie zmuszę go do złożenia zawiadomienia, ale nie zaszkodzi spytać, czy ktoś czegoś nie słyszał albo nie widział - odparła Brenna. Czy Thoran był dziwny? Nigdy dotąd tak nie sądziła, ale niezbyt dziwiła się Heather, że tak myślała. Yaxley nie wyglądał dobrze: prezentował się jak ktoś, kto chlał i wdawał się w uliczne bójki, w dodatku pewnie z przeważającymi siłami, skoro tak rosły i przecież niezły w magii mężczyzna skończył w takim stanie.
Poza tym...
Kiedy ostatni raz go widziała?
- Nie wiem - powiedziała na pytanie Heather, przeczesując włosy palcami, nagle skonsternowana. Ale pamiętała Thorana: nie bywała często u Yaxleyów, ale prawie na pewno przy jednej okazji, gdy tam zajrzała, widziała go na rodzinnych zdjęciach, poza tym twarz była jak najbardziej znajoma i jedyna rzecz, która Brennę naprawdę dziwiła, to że nigdy nie zwróciła uwagi na jego uderzające podobieństwo do Sama. Czyżby któreś z rodziców Sama było spokrewnione z Yaxleyami? Gdyby nie to, że słowa McGonagalla zasugerowały jej kiedyś, że ojciec też przebywał z nimi w Kniei… pomyślałaby, że ojciec Geraldine dwadzieścia parę lat temu mógł zadać się z tą przedziwną kobietą, która umknęła do puszczy. Może o to chodziło: by ojciec nie odebrał swojego syna? – Chodzi o to, że… dawno go nie widziałam. Ale znamy się z Hogwartu, kiedyś byliśmy razem nawet na wakacjach. Mam wrażenie, że w tej alejce trzepnięto go jakąś naprawdę mocną magią? Chyba jak tam weszłam, zahaczyło aż o mnie…
Pokręciła głową, jakby próbując się otrząsnąć, a potem skręciła do apteki, pozostawiając Heather wejście do sklepu naprzeciwko zaułka. W środku krzątała się już sprzedawczyni, najwyraźniej otworzyła jakiś czas temu, rozmawiając z pierwszą klientką, starszą kobietą w czerwonej szacie.
- Coś podać? - spytała sprzedawczyni, przekazując klientce torbę z zapakowanymi rzeczami.
Tymczasem Brenna kupiła eliksir, na szczęście bez żadnej kolejki i od razu wróciła z nim do Thorana. W końcu był ranny.
Tyle że…
Z daleka dostrzegła, że ten coś pije. Kiedy ją zauważył, wrzucił kufel do pobliskiego kosza na śmieci, ale do licha… czy on jednak mógł chodzić i wszedł do baru, pod którym go posadziły po piwo?! Po to były mu te drobne?!
Może jednak źle zauważyła.
– Dzięki, naprawdę, dzięki – ucieszył się, sięgając po eliksir. – Mam jeszcze jedną prośbę…
– Może kupno piwa? – zaproponowała Brenna niewinnym tonem.
– Nie, oczywiście, że nie! – oburzył się Thoran, spoglądając na nią z takim zaskoczeniem, że aż prawie uwierzyła, że Yaxley jednak pił po prostu jakąś wodę. – Widzisz te krzesła, o tam? Miałem pomóc przyjacielowi wnieść je na trzecie piętro, on jest nogą z translokacji, ale no… po drodze mnie napadnięto. Gdybyś mogła…
Brenna przypatrywała się mu przez moment, lekko przekrzywiając przy tym głowę na bok, gestem, którego nabyła odkąd zaczęła zmieniać się w wilka. Bywała głupia, ale nie była skrajnie naiwna. Nie odmawiała przysług przyjaciołom, nie była jednak pewna, czy Thorana Yaxleya faktycznie może nazwać przyjacielem. Przyjaciele to osoby, które są ci faktycznie bliskie, a on był głównie mglistym wspomnieniem wakacji i twarzą zapamiętaną ze zdjęć. A to była bardzo dziwna przysługa. To znaczy byłaby normalna, gdyby po prostu spotkali się na ulicy, ale taka prośba z ust kogoś, kogo ledwo co tutaj pobito?
Mimo to uległa. Czasem, kiedy ktoś prosił o pomoc, była trochę za miękka.
Poza tym przy okazji spyta tego „przyjaciela” o Thorana.
– W porządku, ale jeśli nie poczujesz się lepiej po eliksirze, idziemy do Munga – oświadczyła, odwracając się, by ruszyć do tych cholernych krzeseł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.