- Cóż, wygodnie jest być jej bratem.
- Mhm. - Po mruknięciu dało się słychać siorbanie z kieliszka.
- Niewiele się u mnie zmieniło.
- Czyli dalej siedzisz na Nokturnie? Hih... co ty tam właściwie robiłeś?
- Pośredniczę... różnym transakcjom.
- Ah no tak. - Brzmiał, jakby nagle sobie o czymś przypomniał.
Rozmawiali dalej. O pierdołach, co tam niby Thoran sprzedawał na Ścieżkach. O tym, co się w tym Podziemiu teraz mniej-więcej działo. Yaxley pozował na kogoś zmęczonego narastającym pod Londynem napięciem, ale kiedy Crow zasugerował wakacje albo wyjazd, ten zgasił go, szybko mówiąc, że coś ważnego trzymało go w Walii i zwyczajnie nie mógł tego zostawić. Ale co takiego? Nie chciał powiedzieć, a Crow wyczuł, że nie mógł na to naciskać - popłynął w inny, narzucony im przez Yaxleya temat... dotyczący koloru jego oczu.
- ...generalnie jesteś śliczny...
Cokolwiek się tam działo, zagłuszało to trzeszczenie skórzanej kanapy.
- ...wiesz co...
- ...jesteś do tego idealny...
- ...idealny do?
Nie było na to odpowiedzi. Jedynie stęknięcia Thorana i kompletna cisza ze strony Crowa. Dźwięk... rozpinanego rozporka? Obłapianie czyjegoś ciała, ale już bez chichotu i jęków, chociaż Crow nie potrafił być cicho i ostrzegał, że w krytycznym momencie nie zawaha się zwymiotować na jej brata winem. Nic. Dopiero kiedy Geraldine się podniosła, z pomieszczenia obok dobiegł ją głośny dźwięk cielska zwalającego się na stolik, a później trzask butelki rozbijającej się o coś, przecięty panicznym krzykiem uciekającego w popłochu Crowa. Wybiegł na korytarz, wydając z siebie cienki pisk. Wszystko to zagłuszały dźwięki bawiących się przy muzyce klientów Dziurawego Kotła.
- Mhm. - Po mruknięciu dało się słychać siorbanie z kieliszka.
- Niewiele się u mnie zmieniło.
- Czyli dalej siedzisz na Nokturnie? Hih... co ty tam właściwie robiłeś?
- Pośredniczę... różnym transakcjom.
- Ah no tak. - Brzmiał, jakby nagle sobie o czymś przypomniał.
Rozmawiali dalej. O pierdołach, co tam niby Thoran sprzedawał na Ścieżkach. O tym, co się w tym Podziemiu teraz mniej-więcej działo. Yaxley pozował na kogoś zmęczonego narastającym pod Londynem napięciem, ale kiedy Crow zasugerował wakacje albo wyjazd, ten zgasił go, szybko mówiąc, że coś ważnego trzymało go w Walii i zwyczajnie nie mógł tego zostawić. Ale co takiego? Nie chciał powiedzieć, a Crow wyczuł, że nie mógł na to naciskać - popłynął w inny, narzucony im przez Yaxleya temat... dotyczący koloru jego oczu.
- ...generalnie jesteś śliczny...
Cokolwiek się tam działo, zagłuszało to trzeszczenie skórzanej kanapy.
- ...wiesz co...
- ...jesteś do tego idealny...
- ...idealny do?
Nie było na to odpowiedzi. Jedynie stęknięcia Thorana i kompletna cisza ze strony Crowa. Dźwięk... rozpinanego rozporka? Obłapianie czyjegoś ciała, ale już bez chichotu i jęków, chociaż Crow nie potrafił być cicho i ostrzegał, że w krytycznym momencie nie zawaha się zwymiotować na jej brata winem. Nic. Dopiero kiedy Geraldine się podniosła, z pomieszczenia obok dobiegł ją głośny dźwięk cielska zwalającego się na stolik, a później trzask butelki rozbijającej się o coś, przecięty panicznym krzykiem uciekającego w popłochu Crowa. Wybiegł na korytarz, wydając z siebie cienki pisk. Wszystko to zagłuszały dźwięki bawiących się przy muzyce klientów Dziurawego Kotła.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.