21.05.2024, 19:58 ✶
Pokiwał głową w odpowiedzi, ale jego mina nie wyrażała głębszych emocji. Tej piany najzwyczajniej w świecie nie zrozumiał, więc nie miał pojęcia co mógłby dodać. Potrzebę zmiany miejsca zaakceptował bez żadnego komentarza, te bowiem wydały mi się zbędne. Uciekanie nie było głupie. Rozpoczynanie wszystkiego od początku wyszło na dobre jemu, dlaczego nie miało wyjść na dobre również Laurentowi? Flynn podchodził więc do tego pomysłu z uznaniem i nie zamierzał go zniechęcać. Zwłaszcza, że Prewett zdawał się mieć zasoby do realizacji wszystkich swoich zachcianek - musiał tylko podjąć decyzję. Nawet jeżeli okaże się zła - to chyba było warte próby? Uważał, że tak - dał mu więc tylko ten jeden znak - słuchał go i był z nim myślami.
A później te myśli zaczęły się rozbiegać. To co słyszał stanowiło jednocześnie spełnienie marzeń, z którymi tutaj przyszedł i największy, najpotworniejszy kurwa koszmar. Czyste świadectwo jego ostatecznej upadłości jako człowieka wartego jakiegokolwiek szacunku. Serce nie powinno zabić mu tak mocno, ale zabiło - ledwie sekundy po tym, jak mówił o Alexandrze. W jaki niby sposób miał nie czuć się potworem? Nigdy nie chciał ich krzywdzić, nie chciał żeby przez niego płakali, nie chciał żeby się ze sobą porównywali, ale tak bardzo chciał mieć ich obu. Mijały tygodnie odkąd przyznał się Alexandrowi do prawdy i teraz... Teraz robił mu to znowu. Tym co Laurent zobaczył w tych brązowych oczach była panika - ta sama, jaką czuł w chwili, kiedy usłyszał to nieznośne, dudniące mu w głowie „tak”.
- Laurent... - Nie było w nim teraz tego człowieka rzucającego odważnymi tekstami w brudnej od własnej krwi pościeli. Uciekał spojrzeniem w bok, bo w tej chwili poczuł się najprawdziwszą wersją siebie, walczącą z siłą mającą nad nim nieoczekiwaną kontrolę. - Ja... - On też czuł to napięcie, nie potrafiłby tego ukryć, ale to nie zmieniało nic w tym, że serce Flynna nie należało tylko do niego. Bardzo dobrze pamiętał kiedy ostatnio czuł takie napięcie w cholernej kuchni. Z Bletchleyem mówiącym mu, że rzeczą jaką ma zapamiętać do końca życia jest bycie przez niego kochanym. Ułożył więc rękę na klatce piersiowej Prewetta, spoglądając na niego z dołu z przygarbionej pozycji. - Jeżeli nadejdzie dzień, w k-którym nie będę odliczał g-go-odzin do swojego powrotu do F-ffantasmagorii - do ramion kogoś, kto uratował mu życie - w którym ani razu nie spojrzę t-tęsknie w niebo zastanawiając się, czy człowiek będący moją bratnią duszą też o-o mnie myśli - a przynajmniej uważany za nią, bo czuł przy nim, że żyje i być może nie wszystko musiało mieć tak cholernie złe zakończenie, nawet jeżeli robił to na przekór temu co widział - to nie jestem szczęśliwy. Nie będę się prężył ani uginał pod niczyją ręką. Jestem martwy. - Zabrał tę rękę po to, żeby przejechać nią po swojej spoconej teraz twarzy. Bardzo niepewnie powrócił spojrzeniem do jego oczu. W tej jednej rzeczy pozostawał bardzo uparty - zawsze do niego wróci i zawsze będzie pamiętał.
I najwyraźniej zawsze da się wytrącić tym z równowagi. Zacisnął pięść, wbijając paznokcie w skórę ręki. Oddychał. Oddychał, ale jakim kurwa kosztem.
A później te myśli zaczęły się rozbiegać. To co słyszał stanowiło jednocześnie spełnienie marzeń, z którymi tutaj przyszedł i największy, najpotworniejszy kurwa koszmar. Czyste świadectwo jego ostatecznej upadłości jako człowieka wartego jakiegokolwiek szacunku. Serce nie powinno zabić mu tak mocno, ale zabiło - ledwie sekundy po tym, jak mówił o Alexandrze. W jaki niby sposób miał nie czuć się potworem? Nigdy nie chciał ich krzywdzić, nie chciał żeby przez niego płakali, nie chciał żeby się ze sobą porównywali, ale tak bardzo chciał mieć ich obu. Mijały tygodnie odkąd przyznał się Alexandrowi do prawdy i teraz... Teraz robił mu to znowu. Tym co Laurent zobaczył w tych brązowych oczach była panika - ta sama, jaką czuł w chwili, kiedy usłyszał to nieznośne, dudniące mu w głowie „tak”.
- Laurent... - Nie było w nim teraz tego człowieka rzucającego odważnymi tekstami w brudnej od własnej krwi pościeli. Uciekał spojrzeniem w bok, bo w tej chwili poczuł się najprawdziwszą wersją siebie, walczącą z siłą mającą nad nim nieoczekiwaną kontrolę. - Ja... - On też czuł to napięcie, nie potrafiłby tego ukryć, ale to nie zmieniało nic w tym, że serce Flynna nie należało tylko do niego. Bardzo dobrze pamiętał kiedy ostatnio czuł takie napięcie w cholernej kuchni. Z Bletchleyem mówiącym mu, że rzeczą jaką ma zapamiętać do końca życia jest bycie przez niego kochanym. Ułożył więc rękę na klatce piersiowej Prewetta, spoglądając na niego z dołu z przygarbionej pozycji. - Jeżeli nadejdzie dzień, w k-którym nie będę odliczał g-go-odzin do swojego powrotu do F-ffantasmagorii - do ramion kogoś, kto uratował mu życie - w którym ani razu nie spojrzę t-tęsknie w niebo zastanawiając się, czy człowiek będący moją bratnią duszą też o-o mnie myśli - a przynajmniej uważany za nią, bo czuł przy nim, że żyje i być może nie wszystko musiało mieć tak cholernie złe zakończenie, nawet jeżeli robił to na przekór temu co widział - to nie jestem szczęśliwy. Nie będę się prężył ani uginał pod niczyją ręką. Jestem martwy. - Zabrał tę rękę po to, żeby przejechać nią po swojej spoconej teraz twarzy. Bardzo niepewnie powrócił spojrzeniem do jego oczu. W tej jednej rzeczy pozostawał bardzo uparty - zawsze do niego wróci i zawsze będzie pamiętał.
I najwyraźniej zawsze da się wytrącić tym z równowagi. Zacisnął pięść, wbijając paznokcie w skórę ręki. Oddychał. Oddychał, ale jakim kurwa kosztem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.