21.05.2024, 20:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.05.2024, 20:16 przez Alexander Mulciber.)
Pomyśl, że to sen - usłyszał tuż przy swoim uchu szept Loretty. - Zaśnij. Możesz nawet na wieki.
Cofał się instynktownie - byle dalej od głosu żony, który niósł się razem z szelestem liści drzew - jego śniada twarz równie blada co knykcie, pobielałe od kurczowego zaciskania ręki na różdżce. Wiedział, że Loretty tak naprawdę tu nie ma. Wiedział, że to tylko miraże, które podsuwał mu jego chory umysł. Wiedział, ale... Głos brzmiał tak realnie.
- Chciałbym zasnąć, Loretto - odpowiedział cicho Alexander. - Ale nie śnić.
Gdybyś tylko wiedziała, co kryje się w tych sennych marzeniach, nigdy byś mi tego nie życzyła.
Myślał o kobiecie ze swoich snów. Myślał o kobiecie, u której boku wczoraj zasypiał. Myślał o kobiecie, u której boku chciał się budzić rano. Tą kobietą nie była jego żona.
Natychmiast podążył wzrokiem w stronę Ambrosii. Jego spojrzenie, skrystalizowane w absolutnym skupieniu człowieka nawykłego do działania pod presją, było uważne i przenikliwie sondowało otoczenie. Cały czas był w ruchu: sunął powoli w stronę lasu, omijając rozpadliny i wyrastające z ziemi korzenie. Rozluźnił nieco napiętą szczękę, kiedy dojrzał Rosie w oddali, bezpieczną.
Dookoła panował chaos. Ziemia rozwarła swe podwoje, niczym żarłoczna paszcza, i pochłonęła Mildred - żyje? zginęła...? - drzewa siegały pożądliwie w stronę tłumu ludzi, których zbieranica zgromadziła się na terenie ośrodka Windermere. Mówiłem, krzyczał raz po raz nieznajomy meżczyzna, tak jak w wizji Morpheusa. Zaraz będziesz krwawił, pomyślał Alex, patrząc, jak liściaste szpony roślinności łakomie wiją się wokół atakujących. Nie wszystko da się rozwiązać pięściami, wypomniała mu niedawno Ambrosia. Cały czas wracał do tej rozmowy, i cały czas przekonywał się, że kobieta mogła mieć słuszność. Ataki brygadzistów wydawały się przynosić skutek odwrotny do zamierzonego. Windermere oszalało.
- Zostaw mnie - warknął, odsuwając się coraz dalej od gałęzi, pełznących w jego stronę niczym węże. Nie chciał, by pochwyciły jego różdżkę - widział, jak oplatają człowieka z wizji Morpheusa i nieznajomego brygadzistę - Alex wyszczerzył gniewnie zęby, jak pies, który dużo szczeka, ale boi się ugryźć. Kusiło go, by zaatakować, ale powstrzymywała go od tego resztka zdrowego rozsądku. Cofał się dalej od grupy, wabiąc roślinność, by ta podążała za nim, z dala od Ambrosii i towarzyszącego jej Morpheusa. Nie waż się zrobić im krzywdy. Windermere, chyba, że chcesz, żebym zesłał na ciebie pierdoloną pożogę. Nie są twoimi wrogami.
Ale Alexander mógł nim zostać.
Oddałem ci swoje ciało, Windermere - oczy, uszy, dłonie - a nie swoją duszę, zaprotestował wcześniej. Nie był pewien, czy to miejsce postrzegało ich wymianę jako równowartą. Czy kiedy wpuścił Windermere do swojej głowy - kiedy użyczył mu oczu, aby mogło przede nim odkryć swe prawdziwe oblicze - czy wtedy, kiedy byli przez chwilę jednym, Windermere sięgnęło także i wgłąb jego umysłu? Skąd bowiem wiatr mógł znać głos Loretty, jak nie z jego wspomnień. Czy Windermere - podzieliwszy się z Alexandrem swoją haniebną tajemnicą - zaczęło teraz rościć sobie prawo do jego sekretów?
Mulciber czuł swąd spalenizny i wrażenie zbliżającego się starcia. Widział chaos przyrodniczej klęski. Wszystko to równie dobrze może być kolejnym złudzeniem, stwierdził wściekle. Nie mógł ufać swoim zmysłom. Mógł jednak zaufać głosowi Morpheusa; pewnemu, męskiemu głosowi, w którym tlił się ten sam ogień, jaki niewymowny kazał ugasić. Zaufał mu na ślepo. Gniew - stały towarzysz życia Alexa, stary przyjaciel Morpheusa - przenikał jego wołanie. To napawało Mulcibera otuchą.
- Zabieraj się stąd z Rosie - krzyknął ostro. - Spróbuję znaleźć Moody. - Wiedział, że bez tej pierdolonej suki stąd nie odejdą. On by zostawił małą Mildred samej sobie. Trafiła tam, gdzie chciała. Gdzie wszyscy w końcu trafią. On by ją zostawił, ale nie jebany bohater, zawsze lepszy od wszystkich Morpheus Longbottom. Nie jebana Ambrosia, wyrwająca sobie serce z piersi dla tych, których kochała.
Lepiej jej, kurwa, dobrze broń.
Zareagował instynktownie. Wyobraził sobie wodę, dziki żywioł, skłębiony ocean. Zaklęciem, które rzucał, chciał ogarnąć jak największy obszar ogarnięty pożarem, by ostatecznie ugasić tlący się ogień. Kątem oka widział, jak jakaś dziewczynka - skąd ona się tu wzięła? - wykrzykiwała inkantacje, które kojarzył mgliście z zajęć z transmutacji. Dobrze, mógł ją wspomóc. Poczuł, jak jakaś gałąź sunie blisko jego stopy.
na kształtowanie (tej wielkiej fali wody)
Cofał się instynktownie - byle dalej od głosu żony, który niósł się razem z szelestem liści drzew - jego śniada twarz równie blada co knykcie, pobielałe od kurczowego zaciskania ręki na różdżce. Wiedział, że Loretty tak naprawdę tu nie ma. Wiedział, że to tylko miraże, które podsuwał mu jego chory umysł. Wiedział, ale... Głos brzmiał tak realnie.
- Chciałbym zasnąć, Loretto - odpowiedział cicho Alexander. - Ale nie śnić.
Gdybyś tylko wiedziała, co kryje się w tych sennych marzeniach, nigdy byś mi tego nie życzyła.
Myślał o kobiecie ze swoich snów. Myślał o kobiecie, u której boku wczoraj zasypiał. Myślał o kobiecie, u której boku chciał się budzić rano. Tą kobietą nie była jego żona.
Natychmiast podążył wzrokiem w stronę Ambrosii. Jego spojrzenie, skrystalizowane w absolutnym skupieniu człowieka nawykłego do działania pod presją, było uważne i przenikliwie sondowało otoczenie. Cały czas był w ruchu: sunął powoli w stronę lasu, omijając rozpadliny i wyrastające z ziemi korzenie. Rozluźnił nieco napiętą szczękę, kiedy dojrzał Rosie w oddali, bezpieczną.
Dookoła panował chaos. Ziemia rozwarła swe podwoje, niczym żarłoczna paszcza, i pochłonęła Mildred - żyje? zginęła...? - drzewa siegały pożądliwie w stronę tłumu ludzi, których zbieranica zgromadziła się na terenie ośrodka Windermere. Mówiłem, krzyczał raz po raz nieznajomy meżczyzna, tak jak w wizji Morpheusa. Zaraz będziesz krwawił, pomyślał Alex, patrząc, jak liściaste szpony roślinności łakomie wiją się wokół atakujących. Nie wszystko da się rozwiązać pięściami, wypomniała mu niedawno Ambrosia. Cały czas wracał do tej rozmowy, i cały czas przekonywał się, że kobieta mogła mieć słuszność. Ataki brygadzistów wydawały się przynosić skutek odwrotny do zamierzonego. Windermere oszalało.
- Zostaw mnie - warknął, odsuwając się coraz dalej od gałęzi, pełznących w jego stronę niczym węże. Nie chciał, by pochwyciły jego różdżkę - widział, jak oplatają człowieka z wizji Morpheusa i nieznajomego brygadzistę - Alex wyszczerzył gniewnie zęby, jak pies, który dużo szczeka, ale boi się ugryźć. Kusiło go, by zaatakować, ale powstrzymywała go od tego resztka zdrowego rozsądku. Cofał się dalej od grupy, wabiąc roślinność, by ta podążała za nim, z dala od Ambrosii i towarzyszącego jej Morpheusa. Nie waż się zrobić im krzywdy. Windermere, chyba, że chcesz, żebym zesłał na ciebie pierdoloną pożogę. Nie są twoimi wrogami.
Ale Alexander mógł nim zostać.
Oddałem ci swoje ciało, Windermere - oczy, uszy, dłonie - a nie swoją duszę, zaprotestował wcześniej. Nie był pewien, czy to miejsce postrzegało ich wymianę jako równowartą. Czy kiedy wpuścił Windermere do swojej głowy - kiedy użyczył mu oczu, aby mogło przede nim odkryć swe prawdziwe oblicze - czy wtedy, kiedy byli przez chwilę jednym, Windermere sięgnęło także i wgłąb jego umysłu? Skąd bowiem wiatr mógł znać głos Loretty, jak nie z jego wspomnień. Czy Windermere - podzieliwszy się z Alexandrem swoją haniebną tajemnicą - zaczęło teraz rościć sobie prawo do jego sekretów?
Mulciber czuł swąd spalenizny i wrażenie zbliżającego się starcia. Widział chaos przyrodniczej klęski. Wszystko to równie dobrze może być kolejnym złudzeniem, stwierdził wściekle. Nie mógł ufać swoim zmysłom. Mógł jednak zaufać głosowi Morpheusa; pewnemu, męskiemu głosowi, w którym tlił się ten sam ogień, jaki niewymowny kazał ugasić. Zaufał mu na ślepo. Gniew - stały towarzysz życia Alexa, stary przyjaciel Morpheusa - przenikał jego wołanie. To napawało Mulcibera otuchą.
- Zabieraj się stąd z Rosie - krzyknął ostro. - Spróbuję znaleźć Moody. - Wiedział, że bez tej pierdolonej suki stąd nie odejdą. On by zostawił małą Mildred samej sobie. Trafiła tam, gdzie chciała. Gdzie wszyscy w końcu trafią. On by ją zostawił, ale nie jebany bohater, zawsze lepszy od wszystkich Morpheus Longbottom. Nie jebana Ambrosia, wyrwająca sobie serce z piersi dla tych, których kochała.
Lepiej jej, kurwa, dobrze broń.
Zareagował instynktownie. Wyobraził sobie wodę, dziki żywioł, skłębiony ocean. Zaklęciem, które rzucał, chciał ogarnąć jak największy obszar ogarnięty pożarem, by ostatecznie ugasić tlący się ogień. Kątem oka widział, jak jakaś dziewczynka - skąd ona się tu wzięła? - wykrzykiwała inkantacje, które kojarzył mgliście z zajęć z transmutacji. Dobrze, mógł ją wspomóc. Poczuł, jak jakaś gałąź sunie blisko jego stopy.
na kształtowanie (tej wielkiej fali wody)
Rzut Z 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat