21.05.2024, 20:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2024, 13:07 przez Millie Moody.)
Zamyśliła się nad jego pytaniem i jasnym stało się, że rozmyśla nad odpowiedzią najprawdopodobniej chcąc odpowiedzieć uczciwie, mimo że przecież nie znali się zbyt dobrze. W końcu przecząco pokiwała głową.
– Nie lubię morku bardziej niż światła. Pragnę oślepiającej ciemności, płonącego lodu. Nie chce nudy, szarych fotografii reklamujacych kawiarniane stoliki. Sztuka powinna nieść niepokój spokojnym i ukojenie rozchwianym. Coś może być tętniącą czernią, coś może być rozbłyskiem tęczy. Nigdy miałkie, nigdy nudne, przewidywalne. – rozmawiali wciąż o krukach? O nocnych marach? Millie potrafiła być straszydłem, odgrywać klątwę ze swoimi długimi czarnymi włosami, białą skórą, wątłą budową i bezsennością. Myśli splatały się w tańcu z okolicznościami ich "randki" nieudanym wernisażem i jakże przyjemnym lądowaniem znów tu, znów w pracowni.
Wywróciła oczami na jego sielankową wizję mugolaków, którzy pozbawieni szkoły próbowaliby rozwijać swoje umiejętności na własną rękę, płynącã w żyłach magią robiąc sobie i innym krzywde. Miała swoje teorie, bardzo krwawe na temat tego dlaczego Salazar ostatecznie zgodził się na mugolaków w Hogwarcie, ale bardzo, bardzo nie chciała psuć sobie wieczoru.
Zwłaszcza gdy dużo wyższy Rosier stanął tak blisko, zwłaszcza gdy mogła nie tylko ześlizgnąć się po ostro zarysowanej szczęce ale też zaciągnąć się zapachem czystokrwistego delikacika, który w życiu uczciwie nie przepracował jednego dnia, a sprzedawał sukienki za więcej niż ona zarabiała w rok.
– Nigdy? – złociste oczy lśniły powątpiewaniem. I nie chodziło bynajmniej o trudy przeżycia na ulicy, które złamałyby go pierwszej nocy poza wygodnym łóżeczkiem. Rzucała mu wyzwanie.
Gdy powrócił nie musiał zgłaszać kradzieży. Może tylko zawłaszczenie mienia. Moody zsunęła pantofle ze stóp i wyłożyła się na biurku, energicznie szkicujac coś na znalezionej wolnej kartce. Mogło być gorzej. Mogła z nudów zacząć palić.
– Nie lubię morku bardziej niż światła. Pragnę oślepiającej ciemności, płonącego lodu. Nie chce nudy, szarych fotografii reklamujacych kawiarniane stoliki. Sztuka powinna nieść niepokój spokojnym i ukojenie rozchwianym. Coś może być tętniącą czernią, coś może być rozbłyskiem tęczy. Nigdy miałkie, nigdy nudne, przewidywalne. – rozmawiali wciąż o krukach? O nocnych marach? Millie potrafiła być straszydłem, odgrywać klątwę ze swoimi długimi czarnymi włosami, białą skórą, wątłą budową i bezsennością. Myśli splatały się w tańcu z okolicznościami ich "randki" nieudanym wernisażem i jakże przyjemnym lądowaniem znów tu, znów w pracowni.
Wywróciła oczami na jego sielankową wizję mugolaków, którzy pozbawieni szkoły próbowaliby rozwijać swoje umiejętności na własną rękę, płynącã w żyłach magią robiąc sobie i innym krzywde. Miała swoje teorie, bardzo krwawe na temat tego dlaczego Salazar ostatecznie zgodził się na mugolaków w Hogwarcie, ale bardzo, bardzo nie chciała psuć sobie wieczoru.
Zwłaszcza gdy dużo wyższy Rosier stanął tak blisko, zwłaszcza gdy mogła nie tylko ześlizgnąć się po ostro zarysowanej szczęce ale też zaciągnąć się zapachem czystokrwistego delikacika, który w życiu uczciwie nie przepracował jednego dnia, a sprzedawał sukienki za więcej niż ona zarabiała w rok.
– Nigdy? – złociste oczy lśniły powątpiewaniem. I nie chodziło bynajmniej o trudy przeżycia na ulicy, które złamałyby go pierwszej nocy poza wygodnym łóżeczkiem. Rzucała mu wyzwanie.
Gdy powrócił nie musiał zgłaszać kradzieży. Może tylko zawłaszczenie mienia. Moody zsunęła pantofle ze stóp i wyłożyła się na biurku, energicznie szkicujac coś na znalezionej wolnej kartce. Mogło być gorzej. Mogła z nudów zacząć palić.