Ciepły blask świec komponowany przez błyski burzy pokazywał człowieczeństwo w martwym. Ten ciepły blask świec podkreślał upiornie zmęczone lico anioła i światłocieniem malował rogi na zgarbionym szczurze. Ach nie, to tylko krańce skrzydeł tej figurki odbijały się na ścianie ponad głową Crowa... Przysiągłbym, że to były jednak rogi. Blask, który miał wygrać z ciemnością, jaka powoli pożerała świat kawałek po kawałku, sprawiał tylko, że cienie stawały się głębsze i gęstsze. Jeszcze bardziej wyraźne, gdy oczy przestawały się do nich przyzwyczajać. Burza, która powinna chronić prywatność i gubić wszystkie słowa, każdy z płaczy, teraz sprawiała, że głos jakoś był zniżony. Nie musieli go chronić przed samymi upiorami strzelającymi z czarnych chmur, a jednak wydawało się to być właściwe.
Nie było potrzeba odwagi. Nie potrzeba było ślicznych słów, pięknych metafor. Laurent wiedział, czego chciał. Zawsze niemal wiedział, czego oczekuje od drugiej strony, dopóki nie zaczynała się gra, która mieszała w głowie. Nie wiem czy wiesz, ale każdy z twoich kroków niósł siłę tajfunu, który mieszał w moim sercu. To było poetyckie. I zarazem zbyt mocne. Bo tak jak zawsze, tak i teraz Laurent się stopował. Wstrzymywał z przeświadczeniem, że nie może siebie samego zainwestować, żeby znów nie przeżyć rozczarowania. Zebrał więc kosz wszystkich słów i zapewnień Flynna, jego niezrozumienia i jego frustracji i ułożył go w słowa zwrotne. Doceniał te słodkości, potrzebował jego pomocy, był wdzięczny. Tylko czy to było odpowiednie, żeby spoglądali na świat zza tego przypalanego szkła? Zza szyby zalanej wodą, przez którą ledwo widać błyski i wzburzone morze? Może rzeczywiście Laurent był po prostu fatalnym panem serca?
To był ten Flynn, który pękał. Status zawrócił koło. Rysowanie linii, odsuwanie się, czczenie na ołtarzu jak pies - wszystkie słowa i gesty po kolei, żeby zawrócić do tej chwili.
- Stoisz tu i odliczasz godziny do powrotu? - Było wiele bolesnych ostrzy, które można wbić w brzuch człowieka i wyznaczyć tą krwawą linię, o której wcześniej wspominał. To był jeden z takich noży. Tylko że z jego przyjmowaniem ran na siebie blondyn jeszcze się wzbraniał, odbijał na tarczy, która była ochroną "niezrozumienia". Bo może jednak ten głuptasek ujął coś nie tak, nie to miał na myśli. Złapał te jego dłonie, żeby znów sobie czegoś nie zrobił. Zacisnął swoje palce na jego rękach, żeby je zająć. Pewnie nie powinien tego robić, bo dlaczego niby miałby pomagać temu Szczurowi? Czemu w ogóle miałby się nim przejmować? I tak wracają do pytania: co cię to obchodzi? - Flynn. Ty już to robisz pod moimi dłońmi. - Uginał się, troszkę, delikatnie, a jednak. Dawał mu coraz więcej mechanizmów mogących uruchamiać konkretne punkty zapalne - Laurent uczył się tego błyskawicznie. Więc teraz znów... czy rozumiesz, że mogę stać się bardzo złym człowiekiem? Muszę się bronić przed samym sobą, nosić tę wrażliwość jak miecz i tarczę, bo przecież inaczej nie zostanie już nic. Tylko ten mrok, ta głębia, ta pustka, w której trzeba panować. - Nad Śmiercią też można zapanować. - Tak, można. Laurent wiedział o tym wiele, więcej niż powinien. I to nie tylko tą prawdziwą... bo jak się domyślał - Edge mówił o śmierci społecznej. W końcu był kimś, kto żył pod Nokturnem. - Powinieneś być dumny, że nosisz takie silne uczucia do tej... tych osób. Skąd więc w tobie tyle niepewności?