21.05.2024, 21:03 ✶
Gryfonów często definiowano przez odwagę (lub głupotę, zależy kogo spytać). Brenna lubiła uważać, że swego rodzaju wyznacznikiem gryfoństwa jest też chęć do działania. Niekoniecznie mądrego, ale działania. Pewnie, dobrze je zaplanować, ale wszystko zdawało się jej lepsze niż bezczynność. Ona i Jonathan mogli nie zgadzać się pod wieloma względami (na przykład odnośnie dekorowania ścian czy wychodzenia na ulicę w burych szalikach), tutaj jednak byli do siebie bardzo podobni.
To ją chyba do tego zaprowadziło.
– Jasne. Dzięki – powiedziała, uśmiechając się do niego lekko. Może powinna zareagować trochę inaczej, rzucić kilka pokrzepiających słów, ale dysponowała co najwyżej połową charyzmy Jonathana, i w dodatku nie miała ani odrobiny tej skłonności do dramatyzmu, co on i Morpheus. Nie uważała pewnych gestów czy słów za śmieszne, ale sama nie umiała się nimi posługiwać tak, jak oni: uważała się za dziewczynę wręcz do bólu przyziemną i normalną. Zupełnie inną od zapatrzonego w przyszłość profety, szukającego symboli w otaczającym go świecie, od dyplomaty i aktora, który potrafił oczarowywać ludzi.
W teorii wywodzili się z jednej sfery. W praktyce byli trochę jak z innych światów, dziewczyna z sąsiedztwa o piegowatej buzi i kieszeniach pełnych cukierków, i oni oraz im podobni.
– Derwin i mój ojciec wiedzą – dodała, podpierając się o biurko. – Tak samo jak Lucy i Mavelle. Morpheus nie. Derwin uważa, że nie powinniśmy go w to wciągać – dodała wyjaśniająco. Nie miała może zamiaru recytować Jonathanowi pełnej listy pierwszych członków Zakonu, nie póki co przynajmniej, ale zważywszy na to, jak blisko był z Morpheusem, i że kojarzył większość jego bratanków oraz braci, warto było przedstawić sytuację. – Jeżeli chciałbyś kogoś wciągnąć, dobrze to wcześniej omówić. W tej chwili… jesteśmy ostrożni.
Raczej nie musiała tego wyjaśniać. Na starcie wszystko było zbyt kruche, aby wciągnęli kogokolwiek, wobec kogo mają wątpliwości. Czy raczej: mają więcej wątpliwości. To przecież nie tak, że nie miała ich wcale, kiedy tutaj szła. A jednak ufała Jonathanowi – w pewnym sensie włożyła mu właśnie w ręce własną karierę i własne życie.
– Teraz prace domowe mogą być trudniejsze – westchnęła z udawanym ubolewaniem. Już nie esej na temat transmutacji żywego w żywe, a narażanie życia. Chociaż Selwyn mógł przecież właśnie to woleć prawda? – Taaak, myślę, że pod względem uszu i oczu w Ministerstwie trudno sobie wyobrazić kogoś, kto poradziłby sobie lepiej od ciebie. I ja dziękuję. I mam nadzieję, że cię nie zawiedziemy.
Że nikogo nie zawiodą.
Sama nie mogła przecież jeszcze wiedzieć, jak to wszystko będzie działać: miała jedynie niemalże dziecięcą wiarę w Dumbledore’a, podpartą myślą o tym, że przecież raz już stawił czoła mrocznemu czarnoksiężnikowi i wygrał.
– Masz jakieś pytania? Nie wiem, czy na wszystkie dam radę odpowiedzieć od razu, ale spróbuję.
To ją chyba do tego zaprowadziło.
– Jasne. Dzięki – powiedziała, uśmiechając się do niego lekko. Może powinna zareagować trochę inaczej, rzucić kilka pokrzepiających słów, ale dysponowała co najwyżej połową charyzmy Jonathana, i w dodatku nie miała ani odrobiny tej skłonności do dramatyzmu, co on i Morpheus. Nie uważała pewnych gestów czy słów za śmieszne, ale sama nie umiała się nimi posługiwać tak, jak oni: uważała się za dziewczynę wręcz do bólu przyziemną i normalną. Zupełnie inną od zapatrzonego w przyszłość profety, szukającego symboli w otaczającym go świecie, od dyplomaty i aktora, który potrafił oczarowywać ludzi.
W teorii wywodzili się z jednej sfery. W praktyce byli trochę jak z innych światów, dziewczyna z sąsiedztwa o piegowatej buzi i kieszeniach pełnych cukierków, i oni oraz im podobni.
– Derwin i mój ojciec wiedzą – dodała, podpierając się o biurko. – Tak samo jak Lucy i Mavelle. Morpheus nie. Derwin uważa, że nie powinniśmy go w to wciągać – dodała wyjaśniająco. Nie miała może zamiaru recytować Jonathanowi pełnej listy pierwszych członków Zakonu, nie póki co przynajmniej, ale zważywszy na to, jak blisko był z Morpheusem, i że kojarzył większość jego bratanków oraz braci, warto było przedstawić sytuację. – Jeżeli chciałbyś kogoś wciągnąć, dobrze to wcześniej omówić. W tej chwili… jesteśmy ostrożni.
Raczej nie musiała tego wyjaśniać. Na starcie wszystko było zbyt kruche, aby wciągnęli kogokolwiek, wobec kogo mają wątpliwości. Czy raczej: mają więcej wątpliwości. To przecież nie tak, że nie miała ich wcale, kiedy tutaj szła. A jednak ufała Jonathanowi – w pewnym sensie włożyła mu właśnie w ręce własną karierę i własne życie.
– Teraz prace domowe mogą być trudniejsze – westchnęła z udawanym ubolewaniem. Już nie esej na temat transmutacji żywego w żywe, a narażanie życia. Chociaż Selwyn mógł przecież właśnie to woleć prawda? – Taaak, myślę, że pod względem uszu i oczu w Ministerstwie trudno sobie wyobrazić kogoś, kto poradziłby sobie lepiej od ciebie. I ja dziękuję. I mam nadzieję, że cię nie zawiedziemy.
Że nikogo nie zawiodą.
Sama nie mogła przecież jeszcze wiedzieć, jak to wszystko będzie działać: miała jedynie niemalże dziecięcą wiarę w Dumbledore’a, podpartą myślą o tym, że przecież raz już stawił czoła mrocznemu czarnoksiężnikowi i wygrał.
– Masz jakieś pytania? Nie wiem, czy na wszystkie dam radę odpowiedzieć od razu, ale spróbuję.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.