21.05.2024, 21:22 ✶
– Jasne. Wszystko w porządku. Uważać na śmianie się. I gwałtowne ruchy – powiedziała Brenna, i to była mała tragedia, ale nie bolało już przy oddychaniu, i przy nieoddychaniu, jak wczoraj, więc było całkiem dobrze, prawda? – Jest nieźle, jak siedzę i się nie ruszam, to właściwie nic nie czuję. Pięć gwiazdek za leczenie. A za herbatę dostaniesz piątą gwiazdkę za obsługę hotelową. Pewnie nie powinnam teraz tykać kawy.
Może dzięki takiej by się dobudziła do reszty, ale nie była pewna, czy kofeina to najlepszy pomysł, kiedy straciła tyle krwi. Herbata brzmiała jednak niemal tak dobrze, jak te naleśniki.
Oczywiście, że uważała, że jest mu dłużna. „Wizyta” uzdrowicielska po godzinach, zepsucie mu randki, obojętnie, jak bardzo nieudanej, zakrwawienie całej kuchni, a wreszcie wproszenie się na nocowanie i na śniadanie – to była długa lista przysług. Nie, że Brenna nie zrobiłaby czegoś podobnego dla… no właściwie dla każdego znajomego, ale naprawdę nie lubiła zaciągać długów u innych. Basilius miał wolne od szpitala. I zamiast odpoczywać albo jeść romantyczny posiłek przy świecach z Francescą, skończył ratując ją przed wykrwawieniem, czyli zajmując się dokładnie tym, co robił w pracy.
– Albo że ja postanowiłam popsuć jej randkę i uknułam w tym celu bardzo wredny plan. Wiesz, specjalnie dałam się dźgnąć, a że będziecie tu o tej porze to przewidział mi pewnie na zamówienie Vakel Dołohow czy coś takiego. Się bym nie zdziwiła, chyba do tej pory wini mnie za rozpad związku z Erikiem, a ja tylko przekazałam jej, że nie ma go w domu, jak miał jej dosyć… – stwierdziła gdzieś pomiędzy gryzami naleśników, a ostatnie słowa zabrzmiały trochę niewyraźnie, bo właśnie wpakowała sobie kolejny kęs do buzi. Czy matka mówiła jej, żeby nie rozmawiać podczas jedzenia? Jasne. I Brenna nawet czasem jej słuchała, ale to nie była taka okazja.
Wpadanie w kłopoty było w ich rodzinie dość typowe, w tym Prewett miał rację. Chociaż rzeczywistość nie odpowiadała jego wyobrażeniom w stu procentach, bo Brenna była jednak przypadkiem specjalnym, który chyba dostał wszystkie najgorsze geny i Potterów, i Longbottomów. Nie wdawała się jednak w takie wyjaśnienia, bo nie wiedziała, co chodzi mu po głowie, a poza tym wcale nie planowała na siłę swatać go z kuzynką (chociaż Lucy była ładną dziewczyną i gdyby wyraził zainteresowanie, mogłaby pełnić rolę swatki, by jakoś zrekompensować tę wczorajszą katastrofę).
Gdy wyjaśniał swoją teorię, jadła po prostu naleśniki. Nie spytała, czy majaczy, nie sprawdziła, czy ma gorączkę i nie dopytywała, które to z nich straciło dużo krwi i może być trochę skołowane. Nie wypadało, skoro siedziała w jego kuchni, w jego ubraniach i jadła jego naleśniki. Postarała się więc chociaż przemyśleć tę teorię, ale Brennie ciężko było ją zaakceptować, głównie dlatego, że takie rzeczy jak przypadkowe wykrwawianie nie zdarzały się jej może co tydzień, ale już przynajmniej raz w miesiącu – owszem.
– Nie że powątpiewam w tarota Millie, bo ma do tego… smykałkę, ale chyba jeśli wywróżyła kłopoty, to niekoniecznie ma coś wspólnego z datą? – powiedziała w końcu, przy okazji zdradzając, że nieźle znała Moody. – Ale to trochę jednak naciągane, bo jak miałaby działać ta klątwa? I dlaczego miałaby trafić nas oboje jednocześnie? Kiedy? Przed tym… szóstym czerwca sześćdziesiątego szóstego nie widzieliśmy się z dobry rok? A i na letnim przyjęciu mojej matki, bo chyba wtedy mignąłeś mi ostatni raz, raczej nikt nie rzucił na nas przekleństwa.
Może dzięki takiej by się dobudziła do reszty, ale nie była pewna, czy kofeina to najlepszy pomysł, kiedy straciła tyle krwi. Herbata brzmiała jednak niemal tak dobrze, jak te naleśniki.
Oczywiście, że uważała, że jest mu dłużna. „Wizyta” uzdrowicielska po godzinach, zepsucie mu randki, obojętnie, jak bardzo nieudanej, zakrwawienie całej kuchni, a wreszcie wproszenie się na nocowanie i na śniadanie – to była długa lista przysług. Nie, że Brenna nie zrobiłaby czegoś podobnego dla… no właściwie dla każdego znajomego, ale naprawdę nie lubiła zaciągać długów u innych. Basilius miał wolne od szpitala. I zamiast odpoczywać albo jeść romantyczny posiłek przy świecach z Francescą, skończył ratując ją przed wykrwawieniem, czyli zajmując się dokładnie tym, co robił w pracy.
– Albo że ja postanowiłam popsuć jej randkę i uknułam w tym celu bardzo wredny plan. Wiesz, specjalnie dałam się dźgnąć, a że będziecie tu o tej porze to przewidział mi pewnie na zamówienie Vakel Dołohow czy coś takiego. Się bym nie zdziwiła, chyba do tej pory wini mnie za rozpad związku z Erikiem, a ja tylko przekazałam jej, że nie ma go w domu, jak miał jej dosyć… – stwierdziła gdzieś pomiędzy gryzami naleśników, a ostatnie słowa zabrzmiały trochę niewyraźnie, bo właśnie wpakowała sobie kolejny kęs do buzi. Czy matka mówiła jej, żeby nie rozmawiać podczas jedzenia? Jasne. I Brenna nawet czasem jej słuchała, ale to nie była taka okazja.
Wpadanie w kłopoty było w ich rodzinie dość typowe, w tym Prewett miał rację. Chociaż rzeczywistość nie odpowiadała jego wyobrażeniom w stu procentach, bo Brenna była jednak przypadkiem specjalnym, który chyba dostał wszystkie najgorsze geny i Potterów, i Longbottomów. Nie wdawała się jednak w takie wyjaśnienia, bo nie wiedziała, co chodzi mu po głowie, a poza tym wcale nie planowała na siłę swatać go z kuzynką (chociaż Lucy była ładną dziewczyną i gdyby wyraził zainteresowanie, mogłaby pełnić rolę swatki, by jakoś zrekompensować tę wczorajszą katastrofę).
Gdy wyjaśniał swoją teorię, jadła po prostu naleśniki. Nie spytała, czy majaczy, nie sprawdziła, czy ma gorączkę i nie dopytywała, które to z nich straciło dużo krwi i może być trochę skołowane. Nie wypadało, skoro siedziała w jego kuchni, w jego ubraniach i jadła jego naleśniki. Postarała się więc chociaż przemyśleć tę teorię, ale Brennie ciężko było ją zaakceptować, głównie dlatego, że takie rzeczy jak przypadkowe wykrwawianie nie zdarzały się jej może co tydzień, ale już przynajmniej raz w miesiącu – owszem.
– Nie że powątpiewam w tarota Millie, bo ma do tego… smykałkę, ale chyba jeśli wywróżyła kłopoty, to niekoniecznie ma coś wspólnego z datą? – powiedziała w końcu, przy okazji zdradzając, że nieźle znała Moody. – Ale to trochę jednak naciągane, bo jak miałaby działać ta klątwa? I dlaczego miałaby trafić nas oboje jednocześnie? Kiedy? Przed tym… szóstym czerwca sześćdziesiątego szóstego nie widzieliśmy się z dobry rok? A i na letnim przyjęciu mojej matki, bo chyba wtedy mignąłeś mi ostatni raz, raczej nikt nie rzucił na nas przekleństwa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.