21.05.2024, 21:53 ✶
Uśmiechnęła się. Ciepło i promiennie. Czyżby w jej niebieskich oczach pojawiła się iskra dumy i szczęścia? Być może do jej uszu dochodziły informacje na jego temat, ale sama aż tak starała się nie śledzić losów Laurence'a. Głównie dlatego, że to było zbyt bolesne. Ale siłą rzeczy nie dało się uniknąć jego tematu - nie w Mungu, nie wśród czystokrwistych, nawet jeżeli jej rodzina i ona sama pochodzili z Francji. W końcu zdecydowała się zamieszkać w Londynie, była więc poniekąd wizytówką rodziny Delacour, jej zadaniem było chodzenie na bankiety i pokazywanie się tam, gdzie chcieli, by się pokazała. A temat odejścia jednego z Lestrange'ów z Munga, później jego zaślubin, pomiędzy temat podjętej nowej pracy sam się przewijał. Nie mogła go ucinać, bo przecież jeszcze ktoś by się domyślił. I chociaż była rozżalona, to nie chciała mu nigdy sprawić problemów.
Gdy powiedział o godzinach pracy, roześmiała się. Tu ją miał. Wzrok Camille pomknął w kierunku teczki, która spoczywała na krześle i bezczelnie przypominała o swoim istnieniu. Blondynka tylko wzruszyła ramionami, jakby to, że ona sama dała się złapać w sidła pracoholizmu, nie było niczym dziwnym i niespotykanym. I niczym złym.
- Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wciąż mamy całkiem sporo na głowie - powiedziała, poważniejąc. Zniknął ten blask, który pojawił się w jej oczach, gdy tylko przypomniała sobie co działo się tuż po Beltane. Z cichym westchnięciem uniosła filiżankę do ust. Wypiła już połowę kawy, więcej nie miała ochoty pić. Piła ją dla smaku, nie pragnęła pobudzenia, przynajmniej nie w tej chwili i nie o tej godzinie. Dlatego odsunęła od siebie ostrożnie na wpół dopity napój. - Cieszę się, że jesteś szczęśliwy i z pracą jest lepiej. Widać, że jest lepiej - kiedyś, gdy rozmawialiśmy o Mungu, zawsze wykrzywiałeś usta i charakterystycznie marszczyłeś brwi. Jakby przy okazji tego tematu coś wskakiwało ci na plecy i próbowało cię dusić.
Powiedziała, splatając dłonie na blacie stolika. Przyjrzała się mężczyźnie uważniej. Nie dostrzegała teraz tych oznak duchoty w jego postawie. Zmiana otoczenia i zmiana pracy naprawdę mu służyły. Przynajmniej w tej materii mu się ułożyło.
- Będę się powoli zbierać - powiedziała w końcu, zerkając na złoty zegarek. Tkwił w delikatnej bransoletce. Nie był mocno zapięty, Camille nigdy nie lubiła, gdy coś ją ograniczało. Tyczyło się to również ubioru. Obcisłe suknie, spodnie czy biżuteria lub golfy - to nie było dla niej. Wtedy sama miała wrażenie, że coś stara się ją udusić. - Być może twój pracoholizm z przeszłości przeszedł na mnie.
Dodała żartobliwie, zerkając po raz kolejny na teczki. Miała w planach je przejrzeć w domu, ale... Chyba jej się odechciało. Czy naprawdę musiała to robić akurat dzisiaj?
Gdy powiedział o godzinach pracy, roześmiała się. Tu ją miał. Wzrok Camille pomknął w kierunku teczki, która spoczywała na krześle i bezczelnie przypominała o swoim istnieniu. Blondynka tylko wzruszyła ramionami, jakby to, że ona sama dała się złapać w sidła pracoholizmu, nie było niczym dziwnym i niespotykanym. I niczym złym.
- Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wciąż mamy całkiem sporo na głowie - powiedziała, poważniejąc. Zniknął ten blask, który pojawił się w jej oczach, gdy tylko przypomniała sobie co działo się tuż po Beltane. Z cichym westchnięciem uniosła filiżankę do ust. Wypiła już połowę kawy, więcej nie miała ochoty pić. Piła ją dla smaku, nie pragnęła pobudzenia, przynajmniej nie w tej chwili i nie o tej godzinie. Dlatego odsunęła od siebie ostrożnie na wpół dopity napój. - Cieszę się, że jesteś szczęśliwy i z pracą jest lepiej. Widać, że jest lepiej - kiedyś, gdy rozmawialiśmy o Mungu, zawsze wykrzywiałeś usta i charakterystycznie marszczyłeś brwi. Jakby przy okazji tego tematu coś wskakiwało ci na plecy i próbowało cię dusić.
Powiedziała, splatając dłonie na blacie stolika. Przyjrzała się mężczyźnie uważniej. Nie dostrzegała teraz tych oznak duchoty w jego postawie. Zmiana otoczenia i zmiana pracy naprawdę mu służyły. Przynajmniej w tej materii mu się ułożyło.
- Będę się powoli zbierać - powiedziała w końcu, zerkając na złoty zegarek. Tkwił w delikatnej bransoletce. Nie był mocno zapięty, Camille nigdy nie lubiła, gdy coś ją ograniczało. Tyczyło się to również ubioru. Obcisłe suknie, spodnie czy biżuteria lub golfy - to nie było dla niej. Wtedy sama miała wrażenie, że coś stara się ją udusić. - Być może twój pracoholizm z przeszłości przeszedł na mnie.
Dodała żartobliwie, zerkając po raz kolejny na teczki. Miała w planach je przejrzeć w domu, ale... Chyba jej się odechciało. Czy naprawdę musiała to robić akurat dzisiaj?