21.05.2024, 22:22 ✶
– Ze mnie żaden rycerz, ot przybłęda, ciężko... ciężko się pomylić. Długo wisieliście? Może to od tego wiszenia, Wam się pomieszało? – zasugerował rozplątując supeł, a gdy nogi były uwolnione, absolutnie bez żadnego przypadku, w pełni celowości przejechał opuszkami po delikatnej skórze, zmartwiony bardzo czy lina umagiczniona nie wżęła się i większej szkody nie wyrządziła. Samuel nie radził sobie zwykle z ludźmi, wychowywany w głuszy z dala od społecznych norm i wzorców znał to co opowiedzieli mu rodzice i co sam zobaczył w lesie. Teraz, zmuszony do przyspieszonej adaptacji, łatwiej znosił ją, gdy znajdował w swych rozmówcach odbicie jakiegoś zwierzęcia, bo przecież ze zwierzęciem łatwiej było mu się dogadać, łatwiej było je zrozumieć niż istotę, która stanowczo za dużo mówiła i robiła.
I tak biel skóry i cała aura niewinności i uroku, nie przyniosła mu na myśl selkie, być może dlatego, że zbyt daleko byli od morza, być może, że chłopak morza nigdy nie widział. Och nie, w białej papierowej skórze dostrzegł łagodność i piękno jednorożca, który spętany przez kłusowników, szczęśliwie mógł odzyskać wolność. Jakoś tak zawstydziła go ta myśl zamiast pomóc, dłonie mimowolnie rozmasowywały zbolałe kostki.
– Rezerwat? – zamrugał kilkukrotnie przypatrując się twarzy uwolnionego, którego jakby nie było trzymał w pewien sposób w swoich ramionach, ale nic za bardzo nie zmieniało to w jego planie, ot jeden uczynek więcej do korbca, na poczet Bogini Matki Puszczy naszej, która poczyta to za jego dobrą wolę, za serce lekkie, wyzbyte samolubności. Oblizał nerwowo wargi odwracając wzrok, rumieniąc się pod ciężarem tych dziwnych oczu, których kolor z pewnością byłby mu znany, jeśli kiedykolwiek zapatrzyłby się w przestwór morskiej otwartej wody. – Mm... myślę, że... że sobie poradzę. – nie chciał nagle tego ciepła wypuszczać z rąk, ciepła skrytego pod baldachimem urwanej, zielonej kończyny. – Jak... mogę spytać, jak to się stało? – jeśli mu tylko pozwolił, ciepła dłoń wciąż tańczyła po odsłoniętej kostce, Sam tak bardzo liczył, że przyniósł mu tym jakąkolwiek ulgę.
I tak biel skóry i cała aura niewinności i uroku, nie przyniosła mu na myśl selkie, być może dlatego, że zbyt daleko byli od morza, być może, że chłopak morza nigdy nie widział. Och nie, w białej papierowej skórze dostrzegł łagodność i piękno jednorożca, który spętany przez kłusowników, szczęśliwie mógł odzyskać wolność. Jakoś tak zawstydziła go ta myśl zamiast pomóc, dłonie mimowolnie rozmasowywały zbolałe kostki.
– Rezerwat? – zamrugał kilkukrotnie przypatrując się twarzy uwolnionego, którego jakby nie było trzymał w pewien sposób w swoich ramionach, ale nic za bardzo nie zmieniało to w jego planie, ot jeden uczynek więcej do korbca, na poczet Bogini Matki Puszczy naszej, która poczyta to za jego dobrą wolę, za serce lekkie, wyzbyte samolubności. Oblizał nerwowo wargi odwracając wzrok, rumieniąc się pod ciężarem tych dziwnych oczu, których kolor z pewnością byłby mu znany, jeśli kiedykolwiek zapatrzyłby się w przestwór morskiej otwartej wody. – Mm... myślę, że... że sobie poradzę. – nie chciał nagle tego ciepła wypuszczać z rąk, ciepła skrytego pod baldachimem urwanej, zielonej kończyny. – Jak... mogę spytać, jak to się stało? – jeśli mu tylko pozwolił, ciepła dłoń wciąż tańczyła po odsłoniętej kostce, Sam tak bardzo liczył, że przyniósł mu tym jakąkolwiek ulgę.